Joy – Jonathan Lee. Recenzja

Do czego może doprowadzić praca w korporacji? Ile trzeba poświęcić i czy warto? Czy to istny raj, czy piekło, z którego nie ma wyjścia?

Joy Jonathan Lee Jonathan Lee snuje korporacyjną opowieść w sposób nietypowy. Nie uczula, nie przestrzega, nic nie narzuca. Pozwala jedynie zabrać głos swoim bohaterom i to z ich relacji dowiadujemy się, jakie mechanizmy rządzą wielką firmą prawniczą. Układy, biurowe romanse, nadmierna ambicja, perfekcjonizm wpływający na każdą decyzję i kolejne działania, ciągły stres, coraz więcej zer na koncie i zero radości z życia. Bo czy można zaznać szczęścia, będąc trybikiem w wielkiej machinie? Jeden opatrzny krok, jedno słowo i wszystko może runąć.

Fabuła książki „Joy” koncentruje się na dwóch dniach z życia londyńskiej prawniczki. Skrupulatnie zaplanowane zadania, które kobieta sobie wyznaczyła, nieco przegrywają z przypadkowością losu. Jonathan Lee postawił swoją bohaterkę u szczytu kariery, ale jak się okazuje, wcale nie napawa to jej radością. Awans staje się nieistotny, bo głowę Joy zaprzątają całkiem inne myśli, a ona (jak na perfekcjonistkę przystało) dąży do realizacji planu zakończenia swojego życia dość konsekwentnie. Z jakim skutkiem?

Ciekawym zabiegiem literackim, który nadał książce niebanalnego tempa, jest przeplatanie życia Joy, wspomnieniami na jej temat płynącymi z ust osób z jej otoczenia, które po domniemanym wypadku bohaterki, trafiły na kozetkę do psychologa. Każda z tych postaci rzuca nowe światło na główną bohaterkę, jednocześnie mocno uwypuklając własny egocentryzm oraz powiązaną sieć małych i dużych kłamstw.

Lekki przekaz i sytuacyjne dowcipy to dobry patent, by przekazać ważkie treści. Wiele tutaj pustki, którą coraz trudniej czymkolwiek wypełnić. Pod satyrycznym płaszczykiem, który Jonathan Lee skonstruował nad wyraz dobrze, czai się nieco depresyjna lektura. Książka „Joy” uzmysławia bowiem, jak niewiele trzeba, by skierować swoje życie na wyścigowe tory, które nie mają końca. A upragnioną metą wcale może nie być kolejny awans, ale chęć definitywnego zakończenia wszystkiego.

Jonathan Lee, „Joy”, Muza SA 2014

Advertisements

Posted on 16 lutego 2014, in Recenzje książek and tagged , , , , , , , , , . Bookmark the permalink. Dodaj komentarz.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: