Murder Park – Jonas Winner. Recenzja

„Murder Park” Jonasa Winnera to szaleńcza gra, której nie sposób rozgryźć do samego końca. Intrygująca łamigłówka dla fanów thrillerów.

Thriller Murder ParkPoczynia sobie tutaj autor z czytelnikiem. I to jak! Podsuwa tropy, by za chwilę kazać zwątpić w daną tezę, skierować myślenie w inne miejsce i znów wpuścić w maliny. A do tego wszystko to okraszone jest mocnym dreszczykiem. Wyprawa do parku morderców w tym wydaniu jest szalenie nieobliczalna. I warto się w nią udać, by poczuć tę atmosferę. Autor oddaje ją nad wyraz realistycznie. Ciarki na plecach murowane.

Niby fabuła obejmuje tylko weekend, ale Jonas Winner udowadnia, że przez kilkadziesiąt godzin człowiek może zacząć niebezpiecznie balansować na granicy utraty zmysłów. I nic w tym dziwnego, kiedy staje w samym epicentrum podejrzanej gry zorganizowanej przez właściciela parku dla mediów. I może nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie to, że jest się czego bać już na dzień dobry. Teren przez 20 lat był zamknięty po fali brutalnych zbrodni, które miały tu miejsce. Owiany złą sławą znów ma się stać atrakcją. A domniemany i skazany morderca z przeszłości być może wcale nim nie był.

Grupa wybrańców przyjeżdża na weekend, żeby przetestować funkcjonalność parku. Nikt nie znalazł się tutaj przypadkiem. Zaproszenia poprzedziły rozmowy z psychologiem, które przeplatają fabułę. Na ich podstawie można wysnuwać różne wnioski, ale wraz z biegiem narracji nie da się ukryć, że to wszystko dzieje się po coś. Że każda kolejna zbrodnia stanowi element układanki. Nie tak łatwo złożyć je w idealną całość, szczególnie kiedy co rusz coś tu nie pasuje. Tak właśnie poczynia sobie Winner.

Przyznam, że w pewien sposób kreuje jakiś osobliwy podgatunek thrillera epatujący miejscami nieco przerysowanymi wątkami, ale jako całość historia ta się broni.

„Murder Park” to thriller nietypowy, wprawiający układ nerwowy czytelnika w niezłe rozedrganie. Takie, które trwa jeszcze jakiś czas po zakończeniu tej mrocznej literackiej przygody zafundowanej przez Jonasa Winnera.

Jonas Winner, „Murder Park”, Initium 2017

Reklamy

Annabelle – Lina Bengtsdotter. Recenzja

Przypinanie Linie Bengtsdotter łatki nowej szwedzkiej królowej kryminału jest trochę na wyrost. Książka „Annabelle” to w miarę dobry przedstawiciel gatunku, ale nic więcej. Do przeczytania, ale bez powiewu novum i okrzyków zachwytu.

Książka Annabelle Kryminał „Annabelle” Liny Bengtsdotter początkowo skłania ku myślom, że oto fanom mrocznych historii trafił się łakomy kąsek. Im dalej w lekturę, tym wrażenie to jednak blednie, bo autorka powiela dobrze już znane i wyeksploatowane motywy. Mała, dość hermetyczna społeczność podejrzanie trzymające język za zębami, nadużywająca alkoholu inspektor zmuszona do konfrontacji z demonami przeszłości i rozpustna nastolatka, która zaginęła. A może zginęła?

Lina Bengtsdotter próbuje żonglować narracją, a przez to ubrać ograne wątki w nowe szaty. Tu i teraz konfrontuje z ostatnimi tygodniami Annabelle widzianymi z jej perspektywy, a na dokładkę serwuje retrospektywną opowieść dwóch nastolatek, która każe myśleć, że na pewno ma jakiś związek z tym, co się stało. Wszystko to jednak jest jakieś takie nieodpowiednio wyważone. Mimo że śledztwo toczy się swoim rytmem, to na pierwszy plan wysuwa się przeszłość  prowadzącej je Charlie Lager, która zaczyna odkrywać prawdę o własnej matce. Dokąd ją to doprowadzi? Motyw prawdy autorka akcentuje mocno i na wielu frontach. Mało komu z nią jednak po drodze. Kłamstwo jest wygodniejsze.

Lina Bengtsdotter kryminałem „Annabelle” dołącza do grupy skandynawskich pisarzy, ale nie jest to debiut spektakularny. Jakoś przyjęło się już, że to co wychodzi spod pióra tych autorów z góry zasługuje na pochwalne tony. Tymczasem mnie nie do końca przekonują rozwiązania fabularne, które serwuje autorka. Nie można jej jednak odmówić tego, że z dużą wnikliwością kreśli portret społeczny, ale sam wątek kryminalny nie jest taką petardą, jakiej oczekiwałam. Więcej tu psychologicznych motywów i skomplikowanych relacji niż dynamicznego śledztwa. W efekcie można uznać ten tytuł za w miarę dobry, ale nic więcej.

Lina Bengtsdotter, „Annabelle”, Burda Książki 2017

Na ścieżkach złudzeń – Joanna Sykat. Recenzja

Jak wielki może być kokon pozorów, którym otulamy się na co dzień? Czy to co widzimy, spoglądając na innych, ma cokolwiek wspólnego z prawdą? I wreszcie, czy sami potrafimy wyjść ze swojej nudnej, choć bezpiecznej strefy? Takie dylematy pojawiają się na kartkach najnowszej książki Joanny Sykat.

Książka Na ścieżkach złudzeńAldona i Wioletta. Dwie kobiety. Dwa światy, które nagle zlewają się w jeden. Dwie matki, które zrobiłyby dla swoich dzieci wszystko. Dwie żony, które po cichu zazdroszczą sobie nawzajem, nie mając pojęcia, że za zamkniętymi drzwiami mieszkania sielanka jest trochę zniekształcona. Joanna Sykat zestawia swoje bohaterki na zasadzie kontrastu. I to mocnego. Dzieli je właściwie wszystko, ale łączy jedno – piekielnie paląca wewnętrzna pustka, którą trudno wypełnić. To, czego im brakuje, godzi w fasady, które zbudowały.

Autorka po raz kolejny w pozornie lekkiej opowieści przemyca takie koleje losu, które mogłyby dotknąć każdego. A może i dotykają. Wszak ciche tęsknoty buzują w wielu z nas, a maska, którą wkładamy dla świata tak już do nas idealnie przylega, że nie sposób jej zdjąć. Bo co wtedy?

Joanna Sykat w książce „Na ścieżkach złudzeń” pokazuje, że te żyją sobie swoim życiem, dopóki ktoś lub coś nie odpali w nas zapłonu. Wtedy zaczynają boleśnie uwierać i domagać się działania. Jeżeli mamy alternatywę i odwagę, by coś zmienić, możemy je zniwelować. Gorzej, jeśli jedyne co mamy, to właśnie złudzenia. Wtedy pozostaje nam w życiu tylko rola pozorantów. I o ile w oczach innych nadal będziemy jakimś wzorem, to w swoich własnych nie zobaczymy już nic. Jak zawsze w przypadku tej autorki, lektura ku refleksji.

Joanna Sykat, „Na ścieżkach złudzeń”, Replika 2017

Zobacz również inne książki Joanny Sykat:
Niebo pod Śnieżką
Cztery strony miłości

Magiczny wieczór – Agnieszka Krawczyk. Recenzja

Coś się kończy, coś się zaczyna. To powiedzenie stanowi idealną puentę dla fabuły książki „Magiczny wieczór”. Agnieszka Krawczyk ponownie zabiera nas do Zmysłowa, by jeszcze raz śledzić zmagania sióstr Niemirskich z prozą życia. Teraz jednak wszystko zmierza ku dobremu.

Książka Magiczny wieczórW Zmysłowie grudzień ucieka błyskawicznie, bo całe miasteczko żyje zbliżającym się ślubem Danieli. Jak to bywa w małej społeczności, urasta on do rangi wydarzenia roku. W ferworze przygotowań poszczególni bohaterowie przeżywają emocjonalne huśtawki. Od totalnego zwątpienia po czystą euforię. Agnieszka Krawczyk rzuca im jeszcze pod nogi trochę kłód, ale wszystko to jest po coś – pozwala im docenić to, co się ma i otworzyć na to, co dobre. Zlęknione serce wypełnia coraz więcej wiary w prawdziwość uczuć, a te pozornie z kamienia kruszeją pod czułym spojrzeniem. Nawet w przypadku tych, którzy nie rokowali.

Miejsce akcji znów urzeka swoją sielskością. A z fabuły książki „Magiczny wieczór” wyłaniają się proste prawdy o życiu – to od nas zależy, czy dostrzeżemy w drugim człowieku pokłady dobra. Czy pozwolimy się oswoić, damy szansę sobie i innym, by wprowadzić życie na inne tory. I to w naszych rękach spoczywa odpowiedzialność za swoją uczuciową przyszłość. Czasem katalizatorem miłości może być naprawdę coś błahego.

Zaletą książki „Magiczny wieczór” jest nie tylko fabuła z dobrze ulokowanymi wątkami. Jeśli ktoś nie zna sagi „Czary codzienności”, śmiało może sięgnąć po ten tytuł jako odrębną lekturę. Autorka skraca to, co działo się w trzech tomach, by czytelnik wiedział, co z czego wynika. Osobiście polecam jednak rozsmakować się w całym cyklu, a tę zimową opowieść potraktować jako wisienkę na torcie. Ależ to było przyjemne spotkanie z siostrami Niemirskimi! Niedosyt po „Słonecznej przystani” został w pełni zaspokojony.

Agnieszka Krawczyk, „Magiczny wieczór”, Wydawnictwo Filia 2017

Zobacz również:
1 tom sagi „Siostry”
2 tom sagi „Przyjaciele i rywale”
3 tom sagi „Słoneczna przystań”

Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie – Janusz L. Wiśniewski. Recenzja

Lubię prozę Janusza L. Wiśniewskiego, ale „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” to jakiś toporny twór literacki. Ni to dramat, ni to retrospektywny romans. Galopada myśli w zbyt przeintelektualizowanym stylu. Mnie ta książka nie porwała.

Książka Wszystkie moje kobietyKiedy życie wisi na włosku, zwykle przychodzi czas na podsumowania. Taki punkt wyjścia obrał Janusz L. Wiśniewski w swojej najnowszej książce. To nietypowa lekcja miłości, którą bohater odrabia po czasie, kiedy wszystkie jego kobiety są już w jakiś sposób skrzywdzone, a on przykuty do łóżka. W takiej sytuacji pozostaje mu już tylko rozliczyć się z tym, co było. Emocjonalne koleiny, które podglądamy, stają się świadectwem jego uczuciowo-erotycznej egzystencji i ucieczki przed stabilizacją. Czy taka refleksja jest w stanie przekonać czytelnika?

Miszmasz wątków, które składają się na całość książki „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” jest spory. Narrator skacze od wspomnienia do wspomnienia, przypomina sobie poszczególne partnerki i rozkłada na czynniki pierwsze to, co ich łączyło. Większość z nich skrzywdził, oczarował, uwiódł, może czasem pokochał na swój sposób, ale finalnie i tak czegoś zabrakło. Co jednak miał i ma w sobie, że one wracają, kiedy ten zapada nagle w śpiączkę?

Obawiałam się, że Wiśniewski się zagalopuje i wybieli głównego bohatera. Na szczęście w żaden sposób go nie rozgrzesza. Warstwa po warstwie zdziera z niego maskę, za którą ten w jakiś sposób dotąd się skrywał. Zamiast szczęśliwej, długotrwałej miłości jego związki przypominały ciągły test, który oblewały kolejne kobiety. Bez względu na to, czy chodziło o krótkie przygody czy dłuższe choć niedookreślone relacje. A lekcje miłości, które przynosiło życie okazały się wyzwaniem, któremu nie potrafił sprostać. Zaskakujące z jaką łatwością przychodziło mu rozbudzanie uczuć, a jak wielką trudnością okazywało się branie za to pełnej odpowiedzialności. I tak od początku do końca książki „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie”. Może i dojrzale, ale jakoś tak niezajmująco.

To historia spokojna i refleksyjna, ale według mnie podana w zbyt egzaltowany sposób podlany dygresjami, które momentami bardzo nużą. Autor skutecznie uwodzi krótkimi formami narracyjnymi, ale w takiej odsłonie mnie nie przekonuje.

Janusz L. Wiśniewski, „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie”, Znak 2017

%d blogerów lubi to: