Archiwa blogu

Wada – Robert Małecki. Recenzja

„Wada” to kryminał zaskakująco spokojny, a przy tym budzący skrajne emocje. Jak to możliwe? Robert Małecki genialnie konstruuje narrację, tworząc z niej łamigłówkę dla najbardziej wymagających czytelników. Tak po prostu.

Na dzień dobry dostajemy intrygującą zbrodnię. Nie ma ciała, narzędzia, a nawet sprawcy. Komisarz Bernard Gross (znany ze „Skazy”) nie byłby jednak sobą, gdyby nie zaczął drążyć sprawy z kilku stron, szukać punktu zaczepienia w najbardziej absurdalnych zakątkach i łączyć ze sobą pozornie kompletnie różnych tropów. Im dalej w lekturę, tym jeszcze więcej zakrętów nie tylko w głowie mężczyzny.

A wszystko dlatego, że Robert Małecki żongluje wątkami. I już od samego początku książki „Wada” można się zastanawiać, dokąd to wszystko zaprowadzi, skoro punktem wyjścia jest pusty zakrwawiony namiot na płatnej plaży i ślady krwi dookoła niego. Może się to wydać słabym startem dla kryminału, ale nie w tym przypadku. Tutaj to świadoma zagrywka autora, który w ten sposób nie tylko intryguje, ale też umiejętnie wyprowadza w pole.

Śledztwa prowadzone przez Grossa jest wyjątkowo mozolne, a przy tym skonstruowane tak, że nie sposób się nudzić. Ot, taki paradoks twórczości Roberta Małeckiego. A właściwie geniusz, bo takiego sposobu prowadzenia narracji nie da się ująć w inne ramy. Spokój fabularny, który jednocześnie budzi w czytelniku wiele emocji to majstersztyk. W dodatku szalenie precyzyjny pod każdym względem. Lubię, kiedy podczas lektury czuć, że autor dołożył wszelkich starań, by dana opowieść porwała i zostawiła z poczuciem pełnego zadowolenia, że oto miało się do czynienia po prostu z dobrą książką. W tym kryminale jest wszystko, czego wymagający czytelnik może oczekiwać od tego gatunku.

W przypadku „Wady” istotne są nie tylko aspekty kryminalne. Robert Małecki przeplata w tej fabule znacznie więcej motywów. Dobitnie pokazuje, że kłamstwo zakorzenione w przeszłości wydostanie się na powierzchnię w najmniej spodziewanym momencie i uruchomi lawinę wydarzeń, które wywrócą życie wielu osób do góry nogami. Taka jest jego destrukcyjna siła!

Robert Małecki, „Wada”, Czwarta Strona 2019

Reklamy

Ogród Zuzanny. Tom 3. Warto walczyć o tę miłość. Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska. Recenzja

Czy warto walczyć o miłość? Jeśli jest prawdziwa, to zawsze, choćby emocjonalne konsekwencje tej walki dawały o sobie znać jeszcze przez długi czas. Przekonują się o tym bohaterowie trzeciego tomu „Ogrodu Zuzanny” duetu Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska.

Jeśli drugi tom pozostawił z poczuciem, że autorki mocno poplątały ścieżki i uczucia mieszkańców Starej Leśnej i że nie da się już bardziej, to bardzo mylne to przekonanie, bo da się. I to tak, że czytelnik czuje się niczym na emocjonalnej huśtawce, która raz szybuje w stronę radości, by za chwilę skierować się ku wzruszeniu. A jeszcze w międzyczasie zrobić przystanek tam, gdzie skrzą się cięte riposty. Ależ się dzieje w książce „Ogród Zuzanny. Warto walczyć o tę miłość”!

Tym razem dominujący staje się wątek Kazi Leszczyńskiej i jej małżeństwa w stanie totalnego kryzysu. Czy po tylu latach można jeszcze mówić o miłości? Szczególnie że między nią a mężem coraz więcej wybuchów lub cichych dni? A poprawie relacji nie służy pojawienie się dawnej miłości Ludwika. Sytuację starają się opanować przyjaciółki kobiety – Zuza i Wiola, ale one też nie mają spokojnego serca. Każda z nich przeżywa swój wewnętrzny tajfun, który może okiełznać tylko miłość i wsparcie bliskich osób.

Książka ponownie sfokusowana jest na kontakt z naturą i relacje międzyludzkie w małej społeczności. I wszystko to jest doskonale ubrane w słowa. Wiarygodne dialogi, prawdziwe emocje, problemy, które mogą stać się udziałem każdego, małe i duże radości, smutki dzielone na pół a nawet więcej. Czego jeszcze chcieć więcej? Tę opowieść się przeżywa, bo w jakiś sposób świdruje duszę.

Ze wszystkich trzech części „Ogrodu Zuzanny” ta jest też zdecydowanie najbardziej dojrzała. Jak na dłoni widać konsekwencję w prowadzeniu poszczególnych wątków do mniej lub bardziej przewidywalnego finiszu. Nie mówiąc już o konstrukcji bohaterów, którzy dostali tutaj więcej głosu i możliwości pokazania się z różnych stron. Tylko na tym zyskują w oczach czytelnika. No i te refleksje, które budzą się błyskawicznie i zostają w głowie jeszcze długo po lekturze.

Jak tu bowiem zapomnieć, że największą moc ma nie tylko miłość, ale też  przyjaźń. A jeśli w ludziach widzi się dobro, choć oni sami jeszcze nie do końca w to wierzą, to nie ma takiej siły, która zatrzymałaby przed szczęściem. Choć droga do niego bywa wyboista, o czym przekonują się wielokrotnie poszczególne postacie, to nie można go ominąć. Ono tylko czeka na to, by na nie przyjaźnie spojrzeć i pozwolić się rozgościć w życiu, a w konsekwencji uczynić je lepszym. Dzięki tej książce, a także całej serii „Ogród Zuzanny” Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska przypominają o fundamentalnych wartościach, które sprawiają, że życie nie ma prawa obudzić w nas poczucia, że coś zepsuliśmy.

Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska, „Ogród Zuzanny. Tom 3. Warto walczyć o tę miłość”, W.A.B 2019

Zobacz również:

„Ogród Zuzanny. Tom 1. Miłość zostaje na zawsze”

„Ogród Zuzanny. Tom 2. Odważ się kochać”

Cud grudniowej nocy – Magdalena Majcher. Recenzja

Czy można dojrzeć do przeżywania Bożego Narodzenia? Czy cała rodzina przy jednym stole to zawsze dobry pomysł? Dokąd mogą zaprowadzić przemilczane kwestie i emocje, które nie znalazły ujścia? Takie pytania w głowie rodzą się za sprawą Magdaleny Majcher i jej najnowszej książki „Cud grudniowej nocy”.

Książka Magdaleny MajcherIleż emocji może dudnić w obrębie jednej rodziny? Szczególnie, kiedy Boże Narodzenie za pasem, a wizja spędzenia tego czasu jest szalenie odmienna. Bo ktoś chce pielęgnować swoją samotność, a ktoś wręcz przeciwnie. Bo ktoś chce mieć perfekcyjne Święta, a ktoś chce rodzinnego ciepła, a wizje te niekoniecznie się łączą. Bo ktoś rozpaczliwe walczy o tradycję, a ktoś woli nowoczesność. I jeszcze ta presja, by nie wypaść z roli. Każdy z bohaterów ma w jakimś stopniu dość tego, jak funkcjonuje. Uwypukla się to bowiem w okresie przedświątecznym, kiedy wszystko jest bardziej na świeczniku. W najnowszej książce Magdaleny Majcher roi się od właśnie takich dylematów.

Ogromną zaletą książki „Cud grudniowej nocy” jest potraktowanie Bożego Narodzenia jako impulsu do zmian. Przekonują się o tym poszczególni bohaterowie. Autorka oddała głos członkom jednej rodziny. Każdy z nich ma swoje życie, zadry w sercu, nadzieje i lęki. I choć głośno o tym nie mówi, gdzieś w głębi czuje się z tym źle. Sporo tu różnych doświadczeń życiowych i emocji, które ogromnie się udzielają. Ale to nie koniec zalet! Magdalena Majcher nie poszła w banał. I tym samym po raz kolejny udowodniła, że wystarczy mądre poprowadzenie narracji, by czytelnik miał poczucie, że ma w swoich rękach historię, do której napisania autorka się przyłożyła.

Mimo że akcja książki „Cud grudniowej nocy” dzieje się w jakże magicznym dla wielu miesiącu, a Wigilia może tu być spoiwem więzi, to same problemy, które uwypukla Majcher mogły stać się osią całkiem innej opowieści. I wydaje mi się, że bez świątecznej otoczki siła ich rażenia byłaby większa. Wszystko dlatego, że to opowieść o dojrzewaniu emocjonalnym do odpowiedzialności za słowa, czyny i uczucia oraz o dojrzewaniu do miłości. A także o oswajaniu straty, pustki i lęku. Krótko mówiąc, to opowieść o cichych cudach, które aktywujemy, jeśli odpuścimy samym sobie i pozwolimy sobie na szczerość. A magia Bożego Narodzenia skłania do tego najbardziej.

Magdalena Majcher, „Cud grudniowej nocy”, Pascal 2018

Królowa cukru – Natalie Baszile. Recenzja

„Królowa cukru” to książka, która zapada w serce swoim realizmem i prostolinijnością. Daleko jej do współczesnej bajki o walce z trudami codzienności. Natalie Baszile kreśli intrygujący portret kobiety, która musi zawalczyć o wszystko, ale nie tylko. W tej opowieści aż pulsuje od napięcia między poszczególnymi członkami rodziny. A do tego dochodzą jeszcze kwestie rasizmu i nierówności płci.

Książka Królowa cukruNatalie Baszile zabiera nas na plantację trzciny cukrowej i robi to tak perfekcyjnie, że po zakończeniu lektury, będziemy mieli w głowie cały proces uprawy i wszystkie zawirowania, które mogą mu towarzyszyć, często uzależnione od samej natury, ale też energii i serca, które trzeba włożyć w taką działalność. Przekonuje się o tym Charley – główna bohaterka, która dostaje takie teren uprawowy w spadku i zgodnie z testamentem nie może go sprzedać, ani oddać w cudze ręce. W związku z tym zabiera córkę, porzuca życie w mieście i wraca tam, gdzie sięgają jej korzenie. I ta podróż odmieni ją na zawsze, pod wieloma względami.

W „Królowej cukru” nie ma jednak banalnego biegu zdarzeń. Autorka bardzo świadomie kieruje narracją, nie dając czytelnikowi niczego, co byłoby tylko słownym pustostanem. Akcja zamyka się w kilku miesiącach, które wyznaczają rytm narracji. Ten zabieg uwypukla także presję czasu, z którą musi zmierzyć się Charley i obrazuje, jak wielki trud trzeba włożyć w uprawę trzciny cukrowej. A kobieta nie ma lekko. Kondycja plantacji jest fatalna, rąk do pracy brak, budżet znikomy, a widmo słabych zbiorów coraz bardziej realne. Sytuacji nie ułatwia fakt, że jest kobietą i to w dodatku czarnoskórą. Autorka nie daje jej łatwych rozwiązań. W rzeczywistości przez całą fabułę wszystko jest pod górkę, ale to też celowe.

Dzięki temu „Królowa cukru” staje się mądrą opowieścią o swoistym etosie pracy podyktowanym nie tylko trudną sytuacją. Charley jest po prostu dobrym człowiekiem, z sercem na dłoni. I choć to czasem bywa zgubne, to jeśli trafi się na odpowiednich ludzi – może pomóc. Wątek uprawy trzciny cukrowej jest tu doskonałym tłem dla ukazania relacji międzyludzkich na różnym szczeblu. Natalie Baszile obnaża słabości (także rodzinne) i próbuje pokazać, że w każdym człowieku kryje się jakiś pierwiastek dobra, nawet jeśli pozornie wydaje się to niemożliwe.

W „Królowej cukru” zachwyciło mnie jeszcze jedno – absolutnie precyzyjna plastyczność opisów. Nie do podrobienia. I to potęguje tylko poczucie, że do rąk trafiła książka, która zachwyca jako całość. I zakotwicza się w głowie na długo.

Natalie Baszile, „Królowa cukru”, Wydawnictwo Literackie 2018

Pani Fletcher – Tom Perrotta. Recenzja

Świeży pomysł fabularny, ironiczno-gorzka narracja, motyw wolności i pikanteria w wersji soft. Tom Perrotta miał idealny pomysł na książkę i zrealizował go wybornie. Nic, tylko się zaczytać.

Książka Pani Fletcher„Pani Fletcher” jest reklamowana jako idealna m.in. dla fanów serialu „Gotowe na wszystko”, ale w moim odczuciu to trochę inny poziom. Książka Toma Perroty jest po prostu mądrzejsza, choć bazuje na niektórych podobnych motywach. Jest też o wiele bardziej współczesna. No bo jak tu się odnaleźć się w czasach Tindera, feminizmu i gender studies? Eve, głównej bohaterce nie przychodzi to łatwo, choć bardzo chce zachłysnąć się wolnością po wyprowadzce syna.

Kiedy ten rozpoczyna studia, kobieta może już nieco wyjść z roli matki i zająć się sobą, szczególnie że jest samotna, mądra, a do tego ponoć seksowna. Taki zestaw cech to dobry wabik na mężczyzn, ale czy Eve tego na pewno chce? Czy wypada jej jeszcze randkować? A jeśli tak, to kiedy postawić granice? A może spróbować czegoś całkiem nowego? Tom Perrotta niczego nie ułatwia bohaterce. A ta nękana rozterkami miota się między swoimi potrzebami a tym, co wypada.

Po drugiej stronie barykady mamy syna pani Fletcher, który spuszczony ze smyczy zaczyna dość hulaszczy studencki żywot, w którym nauka jest na ostatnim miejscu. Priorytet? Dziewczyny. Tylko czy rzeczywiście każda z nich czeka na to, by stać się jedynie chwilowym kaprysem? Co, jeśli zacznie wymagać szacunku? Zarówno matka, jak i syn, dostają lekcję, z której muszą wyciągnąć wnioski. Czego tak naprawdę potrzebują? Czy wolność, której zaznali spełniła ich oczekiwania?

Mocną stroną książki „Pani Fletcher” jest nie tylko sam pomysł fabularny, ale też prostota przekazu. Tom Perrota nie ubiera niczego w niepotrzebne metafory. Ot, kreując kolejne przygody Eve i jej syna wynikające z ich potrzeb nie tylko seksualnych, tworzy spójny obraz współczesnych czasów. A przynajmniej jakiś wycinek. To książka na czasie. Zdecydowanie.

Tom Perrota, „Pani Fletcher”, Znak literanova 2018

%d blogerów lubi to: