Archiwa blogu

Dom tajemnic – Alek Rogoziński. Recenzja

„Dom tajemnic” Alka Rogozińskiego to, dla czytelnika lubującego się w kryminałach, odskocznia od ciężkiej narracji. Ot, zagadka kryminalna, która bawi, a przy tym nie jest wcale taka banalna, jakby mogło się wydawać.

Razem z bohaterami stajemy się uczestnikami reality show, które w założeniu ma przyprawiać o gęsią skórkę. Oto bowiem kilku celebrytów zostaje zamkniętych w domu strachu na odludziu, by wziąć udział w mrocznej zabawie na oczach widzów. Cel jest oczywiście charytatywny, więc poszczególne gwiazdy chętnie się angażują, ale też zwyczajnie czują, że to dla nich szansa na swoje przysłowiowe pięć minut. W tej grupie wybrańców znajdują się również pracownicy agencji reklamowej, którym trochę daleko do celebrytów, ale to dla nich szansa, by podratować upadający biznes.

Kiedy więc drzwi domu tajemnic się zamykają, a oko kamery powinno wyłapać wszystko, okazuje się, że scenariusz programu to jedno, a to co się zaczyna dziać, nie ma z nim za bardzo nic wspólnego. Oto bowiem dochodzi do morderstwa, które wcale nie jest przypadkiem. Ktoś je sobie zaplanował. Tylko co chce w ten sposób osiągnąć? I czy skończy się na jednym?

Na równi z reality show śledzimy działania policji, która dostaje jasny sygnał od mordercy, że to dopiero początek okrutnej zabawy. Logiczne wydaje się, że skoro o kulisach programu, wiedziały tylko osoby go współtworzące, to morderca jest wśród nich. Ale czy na pewno? A może poprowadzenie myślenia w taką stronę jest celowe?

Im dalej w lekturę komedii kryminalnej „Dom tajemnic”, tym jest ciekawiej. I choć pewne rozwiązania narracyjne, nie są zaskoczeniem, a nawet da się je przewidzieć, to nie przeszkadza to tropić mordercy. Jest tu pewna kondensancja strachu, ale podszyta groteską. Alek Rogoziński zapętla wątki i po prostu pozwala na lekką kryminalną zabawę. Jedynie zakończenie może budzić pewne rozczarowanie, ale to już zależy od tego, co kto lubi.

Grunt, że rozrywka w postaci książki „Dom tajemnic” jest udana.

Alek Rogoziński, „Dom tajemnic”, Edipresse Książki 2019

Przyjaciele. Na dobre i na złe – Magdalena Trubowicz. Recenzja

Najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie, albo w jednej kamienicy. Nowa książka Magdaleny Trubowicz to lekka komedia, w której przez codzienność się płynie bez względu na okoliczności. Taki optymistyczny strzał, ale czy udany?

Książka „Przyjaciele. Na dobre i na złe” to początek komediowego cyklu, który ma potencjał, o ile autorka za bardzo nie popuści literackich cugli i nie popadnie w sztuczność w kreowaniu humorystycznej narracji, która wcale nie jest taka prosta, jak mogłyby się wydawać.

Trubowicz zabiera nas do niewielkiej kamienicy za sprawą Alicji, która przypadkiem staje się nową lokatorką. Tu przychodzi jej żyć obok Cypiska, Karola i Karoliny, a także Krzyśka i Igi. To mieszanka osobowości i doświadczeń na różnych polach życiowych, a także perspektyw na stabilizacją uczuciową i zawodową. Wsiąkamy w ich codzienność, ale nie ma za bardzo czasu poznać ich lepiej, bo wszystko mknie do przodu. Każdy ma jakieś problemy i wątpliwości, ale reszta potrafi to obrócić w żart, by potem spróbować pomóc. Nie da się ukryć, że są dla siebie wsparciem, ale jakoś osobiście zabrakło mi w bohaterach dojrzałości.

Motyw przyjaźni to temat rzeka, eksploatowany w polskiej literaturze w różnych konfiguracjach, mniej lub bardziej poważnie. Magdalena Trubowicz relacje tego typu ubrała w lekką, prześmiewczą konwencję, która bawi, ale momentami zahacza o infantylizm. I albo trzeba przymknąć na niego oko, albo dać się porwać tej opowieści bez rozpatrywania jej w żadnych kategoriach.

Próbowałam, ale gdzieś cały czas miałam wrażenie, że coś tu nie do końca jest dopracowane. Galopujące wątki niby obrazowały intensywny tryb życia bohaterów, ale jednocześnie dawały poczucie, że fabuła pędzi na złamanie karku i nie skupia się na żadnym z nich. Plusem są żywe dialogi, ale komizm sytuacyjny momentami kuleje i tworzy poczucie sztuczności. Książka „Przyjaciele. Na dobre i na złe” nie jest zła. Bawi, więc spełnia swoje podstawowe zadanie, ale osobiście oczekiwałam fabuły na trochę wyższym poziomie komediowym.

Magdalena Trubowicz, „Przyjaciele. Na dobre i na złe”, Czwarta Strona 2019

No, Asiu! – Marika Krajniewska. Recenzja

Książka Mariki Krajniewskiej to humorystyczna bomba z opóźnionym zapłonem. Komizm sytuacyjny w rękach autorki okazuje się być narzędziem, z którego robi ona najlepszy możliwy użytek. W efekcie czego najpierw powstała książka „Oh, Elvis”, a teraz „No, Asiu!” Od obu nie sposób się oderwać.

Książka No AsiuW książce „No, Asiu!” punkt ciężkości odrobinę przenosi się ze starszych pań na młodsze pokolenie, ale jest to jedynie urozmaicenie fabuły. Staruszki trzęsą bowiem narracją, fundując czytelnikowi co rusz sporo śmiechu. Jeśli wcześniej wydawało mi się, że czerpią już maksymalnie radość z życia, to jak nazwać to, co wyprawiają teraz? Marika Krajniewska dała im sporo swobody, w efekcie czego Maria i Gienia nie próżnują ani przez chwilę.

Ich perypetie to kolejny przykład na to, że metryka nie jest żadnym ograniczeniem. Mam nawet wrażenie, iż w przypadku tych seniorek to paszport do uciech, których za mało zafundowały sobie w młodszym wieku. I nie byłyby sobą, gdyby nie próbowały przy okazji nieco namieszać w życiu innych, np. tytułowej Asi, kierowniczki ośrodka dla seniorów. Wszystko robią jednak z dobrego serca, nie mogąc się nadziwić, jak nieporadni są młodsi ludzie w kwestiach uczuciowych. Trzeba więc im nieco pomóc. A to nie może obejść się bez komicznych sytuacji.

Marika Krajniewska pokazuje też, jak oswoić starość. Wcale nie wymaga to wielkiego wysiłku. Wystarczy wejść w dialog ze starszymi osobami, by przekonać się, że nie tylko mają wiele mądrości do powiedzenia, ale też że w ich sercach czasem kryją się mikromarzenia, które z łatwością możemy spełnić. W książce „No, Asiu!” jak na dłoni widać, że uśmiech na twarzy drugiego człowieka można wywołać bardzo łatwo. Trzeba tylko chcieć.

Marika Krajniewska, „No, Asiu!”, Czwarta Strona 2019

Blog Książki na czasie jest patronem medialnym książki!

Zobacz również:

„Oh, Elvis”

Och, Elvis! – Marika Krajniewska. Recenzja

Jak czerpać radość z życia? Próbując wycisnąć z niego wszystko, do ostatniej kropli, nawet jeśli to życie zbliża się już powoli ku końcowi. W książce Mariki Krajniewskiej „Och, Elvis!” prym wiedzie komizm sytuacyjny. I to jaki!

Książka Och ElvisDo tej pory autorka dała się poznać jako ta, która swoimi opowieściami świdruje duszę i skłania do refleksji. Ogromną odmianą jest więc komedia. Jak się jednak okazuje, ta konwencja to również strzał w dziesiątkę.

Fabuła skupia się na losach kilku staruszek, które postanawiają spełnić marzenie przyjaciółki i zabrać ją na grób Elvisa w Memphis. I nie byłoby w tym nic szalenie odkrywczego, gdyby nie to, że Alicja umarła, a na wyprawę kobiety chcą zabrać urnę z jej prochami. Kiedy udaje im się ją wykraść, stajemy się świadkami zaskakującej przygody naszpikowanej odwagą, hardością ducha i wiarą w to, że robią dobrze. Czy uda im się dotrzeć do celu? Finał może absolutnie zaskoczyć.

W książce „Och, Elvis!” Marika Krajniewska portretuje relacje między trzema seniorkami.  Choć śledzimy nieco brawurową przygodę (jak na ich wiek), to nie da się ukryć, że w ten sposób odkrywamy, co je łączy. Od początku jasne jest, że cały szalony plan wynika z przyjaźni, ale autorka nie byłaby sobą, gdyby nie wplotła w tę narrację czegoś więcej. I tak się dzieje. Teraźniejszość przeplata się z retrospektywnymi fragmentami, dzięki którym poznajemy kulisy więzów łączących kobiety. Nie jest to cukierkowa przyjaźń. Co więcej, to co działo się między nimi długo dalekie było od ciepłych uczuć. To rewelacyjnie poprowadzony wątek!

Nie każdemu autorowi udaje się skręcić w inną ścieżkę literacką, nie popełniając przy tym błędów. Marika Krajniewska tym razem postawiła na konwencję humorystyczną i przyznam, że wyszło jej to wybornie. „Och, Elvis!” to ogromny powiew świeżości w jej twórczości, a zarazem sygnał, że jeszcze wiele można się spodziewać. Mimo że książka traktuje o seniorach, to trafi do serca każdego czytelnika. Bez względu na wiek.

Marika Krajniewska, „Och, Elvis!”, Czwarta Strona 2018

Bosonoga bogini – Iwona Czarkowska. Recenzja

Jak zostać bosonogą boginią w oczach innych? Trochę przypadkiem wziąć udział w reality show, a potem robić wszystko, żeby absolutnie go nie wygrać. A do tego narażać się na nieustanną kompromitację. Mało? Więcej absurdalnego humoru i gagów sytuacyjnych znajdziecie w najnowszej książce Iwony Czarkowskiej.

Komedia Bosonoga bogini„Bosonoga bogini” to już trzecia część przygód Alicji, którą można było poznać w książkach „Wesoła rozwódka” i „Panna z Monidła”. Zastanawiałam się, co też jeszcze może zaserwować autorka i okazało się, że całkiem sporo. Co więcej, ta książka to zdecydowanie najlepsza część w całym cyklu.

Zgodnie z przyjętą koncepcją narracyjną pierwsze skrzypce znów gra komizm, ale w jakiej oprawie! Tym razem główna bohaterka dzięki swoim przyjaciółkom martwiącym się o jej uczuciowy niefart, zostaje uczestniczką matrymonialnego reality show. Podchodzi do tego z dystansem, próbuje wykpić konwencję programu, mimochodem stając się jego liderką.

Perypetie, w jakie wplątuje ją autorka, zakrawają na totalny absurd, ale u Iwony Czarkowskiej jest on szalenie wiarygodny. Krótko mówiąc, wszystko tworzy spójną całość – charyzmatyczna Alicja, grono dość specyficznych osób, które ją otaczają i nawet mężczyźni, z którymi jej jakoś nie po drodze. A wszystko to podane w komediowym stylu, którego ogromną zaletą jest to, że nie sposób go podrobić.

Twórczość Iwony Czarkowskiej jest lekka, łatwa i przyjemna. Idealna, kiedy potrzebujemy dawki humoru. Przekona się o tym każdy, kto sięgnie nie tylko po najnowszą „Bosonogą boginię”, ale też po poprzednie części niecodziennych przygód Alicji.

Iwona Czarkowska, „Bosonoga bogini”, Replika 2018

Blog Książki na czasie jest patronem medialnym książki!

%d blogerów lubi to: