Archiwa blogu

Wilcze kobiety – Hanna Greń. Recenzja

„Wilcze kobiety” Hanny Greń to najlepsza część kryminalnego cyklu „W Trójkącie Beskidzkim”. Mocny jest tutaj nie tylko wątek główny, ale też kreacja bohaterów. Tych już znanych i nowych, którzy nie tylko dynamizują narrację, ale po prostu nią trzęsą. Testosteronu tu co nie miara, a pierwiastek żeński tylko łagodzi męską drapieżność. Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia ze słodkimi kobietkami. Takich tu nie uświadczymy.

Książka Wilcze kobietyHanna Greń stworzyła intrygującą, trzymającą w napięciu fabułę. I choć kryminały spod jej pióra są zwykle w wersji soft, to tym razem możemy liczyć na sporą dawkę nie tylko brutalności, ale też perwersji. Taka kombinacja wyszła książce „Wilcze kobiety” na dobre. Niby mamy do czynienia z dominującym motywem gangsterskim, ale to tylko przykrywka dla znacznie ciekawszych wątków. Autorka nie bała się wejść na ścieżkę tematów tabu i trochę nimi pożonglować.

Oto toczy się śledztwo, nad którym pochyla się kilku komisarzy. Kiedy jeden świadek ginie, a drugi znika, widmo prostej sprawy oddala się w mig. Szczególnie że do kompletu w ręce mężczyzn wpadają dodatkowe zwłoki, które mają jakiś związek z gangsterskim światkiem, w który wsiąknęli. Kto tu pociąga za sznurki? Kto kogo chce uciszyć? Kogo zgubi pewność siebie? A kto coś zrozumie? Między kwestiami kryminalnymi kryją się niuanse z pogranicza psychologii. Wszak przecież to, co się dzieje, nie dzieje się bez przyczyny.

„Wilcze kobiety” to mroczna, intrygująca rozrywka, w której kolejne odkrywane karty nie pozwalają ucelować trafnego rozwiązania ani komisarzom, ani czytelnikowi.

Hanna Greń, „Wilcze kobiety”, Replika 2018

Blog Książki na czasie jest patronem medialnym książki!

Reklamy

Annabelle – Lina Bengtsdotter. Recenzja

Przypinanie Linie Bengtsdotter łatki nowej szwedzkiej królowej kryminału jest trochę na wyrost. Książka „Annabelle” to w miarę dobry przedstawiciel gatunku, ale nic więcej. Do przeczytania, ale bez powiewu novum i okrzyków zachwytu.

Książka Annabelle Kryminał „Annabelle” Liny Bengtsdotter początkowo skłania ku myślom, że oto fanom mrocznych historii trafił się łakomy kąsek. Im dalej w lekturę, tym wrażenie to jednak blednie, bo autorka powiela dobrze już znane i wyeksploatowane motywy. Mała, dość hermetyczna społeczność podejrzanie trzymające język za zębami, nadużywająca alkoholu inspektor zmuszona do konfrontacji z demonami przeszłości i rozpustna nastolatka, która zaginęła. A może zginęła?

Lina Bengtsdotter próbuje żonglować narracją, a przez to ubrać ograne wątki w nowe szaty. Tu i teraz konfrontuje z ostatnimi tygodniami Annabelle widzianymi z jej perspektywy, a na dokładkę serwuje retrospektywną opowieść dwóch nastolatek, która każe myśleć, że na pewno ma jakiś związek z tym, co się stało. Wszystko to jednak jest jakieś takie nieodpowiednio wyważone. Mimo że śledztwo toczy się swoim rytmem, to na pierwszy plan wysuwa się przeszłość  prowadzącej je Charlie Lager, która zaczyna odkrywać prawdę o własnej matce. Dokąd ją to doprowadzi? Motyw prawdy autorka akcentuje mocno i na wielu frontach. Mało komu z nią jednak po drodze. Kłamstwo jest wygodniejsze.

Lina Bengtsdotter kryminałem „Annabelle” dołącza do grupy skandynawskich pisarzy, ale nie jest to debiut spektakularny. Jakoś przyjęło się już, że to co wychodzi spod pióra tych autorów z góry zasługuje na pochwalne tony. Tymczasem mnie nie do końca przekonują rozwiązania fabularne, które serwuje autorka. Nie można jej jednak odmówić tego, że z dużą wnikliwością kreśli portret społeczny, ale sam wątek kryminalny nie jest taką petardą, jakiej oczekiwałam. Więcej tu psychologicznych motywów i skomplikowanych relacji niż dynamicznego śledztwa. W efekcie można uznać ten tytuł za w miarę dobry, ale nic więcej.

Lina Bengtsdotter, „Annabelle”, Burda Książki 2017

Szadź – Igor Brejdygant. Recenzja

„Szadź” to inteligentny, dobrze napisany kryminał, w którym napięcie narasta sukcesywnie. Igor Brejdygant stworzył mroczną opowieść rozgrywającą się z trzech perspektyw. To potęguje jej dynamizm, podsyca ciekawość i budzi lawinę rozmaitych emocji.

Kryminał SzadźLubię tropić mordercę. Tutaj jest on podany na tacy, więc początkowo obawiałam się, czy autor nie strzelił sobie czasem w stopę takim zabiegiem fabularnym. Tymczasem w miarę postępu narracji uwypuklił się sens tego. I mnie on przekonał.

Błyskotliwy oprawca, niepokorna komisarz i naiwna do granic potencja ofiara – takie trio musi się zazębiać, żeby całość była solidną emocjonalną wyprawą czytelniczą. Na szczęście, tak się dzieje, choć każdy z nich robi swoje osobno. Brejdygant szatkuje „Szadź” na krótkie, momentami lapidarne rozdziały i to też jest w punkt. Nie ma tu miejsca na rozwleczone opisy, a konkret goni konkret.

Trzeba przyznać autorowi małą laurkę za osadzenie w roli komisarz kobiety. A ciut większą za wykreowanie jej w taki sposób. Aż chce się powiedzieć, że to postać na miarę naszych czasów – walcząca z preferencjami seksualnymi i seksizmem w pracy. Postać mordercy też ma swoje atuty. Uderzające poczucie bezkarności i klasyczne cechy seryjnego oprawcy intrygują. Nic też dziwnego, że jego metodyka zaczyna się chwiać, kiedy pojawiają się nerwowe ruchy. A pośpiech nie pozwala delektować się należycie zbrodnią.

Książka „Szadź” to nie tylko dobry kryminał. To inteligentna, psychologiczna rozgrywka między komisarz a mordercą. Zwycięzca może być jednak tylko jeden. Jedynym mankamentem jest dla mnie zakończenie. Zbyt spektakularne, by w nie uwierzyć. Trochę mam poczucie, że Igor Brejdygant chciał fajerwerków sprawiedliwości. W takim wydaniu jakoś nie wzbudziły one jednak mojego zachwytu. Zdecydowanie wolę w kryminałach krótkie i precyzyjne, a nawet nieco niedopowiedziane finisze.

Igor Brejdygant, „Szadź”, Wydawnictwo Marginesy 2017

Grzech – Max Czornyj. Recenzja

Dobrze jest grzeszyć literacko tak, żeby nie mieć później żadnych wyrzutów sumienia lub mieć minimalne. Max Czornyj w swoim mrocznym debiucie zadbał o to doskonale. Fabuła „Grzechu” mocno galopuje i nie sposób się od niej oderwać.

Autor oparł ją na motywie religijnym. Mamy więc kilka zbezczeszczonych symbolicznie zwłok kobiet, które sugerują, że oprawca ma jakąś fiksację w tym temacie. Aby go wytropić, komisarz Eryk Deryło zaczyna działać na własną rękę. Kolejne tropy nie pozostawiają złudzeń, że Lublin ma czego się bać. Trzeba je połączyć w sensowną całość, ale nie jest to wcale proste, bo morderca cechuje się wybitnym sprytem. Czy pewność siebie doprowadzi go w końcu do zguby?

Max Czornyj stworzył narrację szalenie makabryczną. Realistyczne opisy tortur szybko rodzą w głowie nieprzyjemne obrazy. A te nie chcą z niej wcale zniknąć. To działa na korzyść „Grzechu”. Akcja pędzi na złamanie karku, ale momentami nagle zwalnia, by za chwilę znów porwać czytelnika. Autor stara się, żeby cały czas było intrygująco i udaje mu się to, ale to nie jest kryminał, który bezapelacyjnie zasługuje na laurkę.

„Grzech” ma kilka mankamentów. Po pierwsze, autor za mało w moim odczuciu skupił się na postaci profilera Miłosza Tracza. Jego udział w śledztwie jest nikły i aż prosi się, żeby dać mu więcej przestrzeni do działania, szczególnie że zbrodnie są tak nietypowe. Traci na tym nieco wiarygodność kolejnych kroków policji, bo profiler powinien je wyznaczać. Po drugie, zabrakło mi głębszego portretu psychologicznego sprawcy. I po trzecie, nie przekonuje mnie zakończenie. Finisz wydaje się być wykreowany trochę po omacku.

Mimo to kryminał „Grzech” to kolejny przykład na to, że pierwsze kroki w branży mogą okazać się milowe. Jestem przekonana, że tak właśnie będzie w przypadku Maxa Czornyja, bo potencjał jest ewidentny. Trzeba go tylko dobrze wykorzystać.

Max Czornyj, „Grzech”, Filia Mroczna Strona 2017

Uśpione królowe – Hanna Greń. Recenzja

„Uśpione królowe” to obyczajowe preludium do kolejnych tomów cyklu „W trójkącie beskidzkim” Hanny Greń. Czy drugie wydanie tego tytułu ma szansę zawojować rynek?

Książka Uśpione króloweTrochę miałam problem z tą książką, bo nie czytałam pierwszej wersji zatytułowanej „Cień sprzedawcy snów”, a przygodę z tym cyklem rozpoczęłam od kolejnych – „Cynamonowe dziewczyny” i „Otulone ciemnością”. I o ile te dwie pozycje naszpikowane były kryminalnymi motywami, to ta, która do nich wprowadza, jest mocno myląca. Trochę tak jakby autorka badała grunt, żeby potem wystrzelić z pełną mocą.

Mamy więc dwóch policjantów i dwie kobiety, które w jakiś sposób łączą się z seryjnym mordercą zwanym Sprzedawcą Snów. Choć fabuła krąży wokół makabrycznych zbrodni, a Hanna Greń przywołuje retrospektywne wspomnienia oprawcy, to jest tego mało. Narracji nie brak dynamiki, żywych dialogów i galopujących wątków – w tym odkrywania koligacji jednej z bohaterek z zabójcą.

Miłosne i seksualne perypetie policjantów niekoniecznie są jednak tym, czego można oczekiwać po tej pozycji, sugerując się marketingowym opisem. A tymczasem stanowią dominantę w książce „Uśpione królowe”. Jeśli więc ktoś liczy na rasowy kryminał, to się mocno rozczaruje. Do tego tytułu można bowiem podejść tylko w jeden sposób – traktując go jako obyczajówkę z nikłym mrocznym wątkiem. I jako nieśmiały początek serii „W trójkącie beskidzkim”. Wtedy w jakiś sposób się on broni.

Hanna Greń, „Uśpione królowe”, Replika 2017

%d blogerów lubi to: