Archiwa blogu

Do trzech razy miłość – Magdalena Trubowicz. Recenzja

Miłosne perypetie w humorystycznej oprawie to idealna odskocznia od codzienności. Książka „Do trzech razy miłość” Magdaleny Trubowicz bawi, ale w bardzo przewidywalny sposób. Chciałoby się tutaj czegoś więcej niż tylko Amora celującego gdzie popadnie, choć skutecznie.

Tym razem autorka zabiera nas do urokliwego pensjonatu „Zakochlice”, w którym tymczasowo swoje biuro matrymonialne ma dobrze już znana czytelnikom Wanda. Szybko okazuje się, że klienci walą do niej drzwiami i oknami, czego nie można powiedzieć o gościach szukających odpoczynku w głuszy. Przez moment jest to nawet zarzewiem konfliktu z właścicielką Martą, ale taki stan rzeczy nie może mieć miejsca, gdy Amor zaczyna wypuszczać swoje strzały na lewo i prawo. Wtedy zaczyna się dziać.

Miłosne fluidy unoszą się w powietrzu, a na własnej skórze zaczyna je czuć większość bohaterów. I to wcale nie za sprawą zawodowej swatki Wandy, ale wskutek przypadkowych spotkań, których przecież w pensjonacie co niemiara. I tak robi nam się niezły galimatias, w którym nie wszystkie uczucia są szczere, niektóre cechuje wyrachowanie, a jeszcze inne desperacja. Magdalena Trubowicz pokazuje, że pierwszy poryw serca nie zawsze jest udany, ale nie jest też niemożliwy. Serce z rozumem toczy tu wiele konfliktów, co rodzi też komizm sytuacyjny. Mniej lub bardziej udany.

Tak jak cała seria „Kupidyn w spódnicy”, tak i ta książka ma zacięcie humorystyczne. Gagi sytuacyjne dominują, ale w pewnym momencie daje się odczuć przesyt nimi. „Do trzech razy miłość” gdzieniegdzie trąci banałem, a dialogi nie zawsze są naturalne. A mimo wszystko ta opowieść w całym cyklu jest najbardziej udana. Mam wrażenie, że z każdą kolejną Magdalena Trubowicz odrabiała lekcję z komizmu, bo choć nie jest idealnie i zaskakująco, to jest lepiej. Mało wybredny czytelnik będzie zadowolony, bardziej wymagający niekoniecznie.

Magdalena Trubowicz, „Do trzech razy miłość”, Czwarta Strona 2020

Życie po tobie – Klaudia Bianek. Recenzja

Czy w życiu można kochać dwa razy? Czy żałoba po śmierci ukochanej osoby kiedyś mija? „Życie po tobie” Klaudii Bianek z jednej strony chwyta za serce z racji tematu. Z drugiej zaś w pewnym momencie zaczyna uwierać pewną rutyną fabularną. Wymagający czytelnik może się rozczarować.

Autorka wzięła się za barki z dość trudną tematyką. Motyw żałoby można bowiem łatwo zepsuć, spłycić go lub ukazać zbyt pompatycznie. W „Życiu po tobie” jest jednak bardzo realistyczny, razem ze wszystkimi emocjami, które się z nim wiążą. A bywają szalenie skrajne.

Elizę poznajemy w trudnym momencie życia. Choć minęło 3 lata od śmierci jej męża, kobieta nie potrafi zacząć normalnie żyć. Niby wychowuje dzieci, ale robi to wszystko automatycznie, cały czas rozgrzebując to, co było i nie zostawiając sobie furtki do jakiejś nowej przyszłości. Bo czy można jeszcze być szczęśliwą, gdy dźwiga się taki bagaż doświadczeń?

Światełkiem w tunelu okazuje się być nowy sąsiad, ale Eliza po pierwsze, nie dopuszcza do siebie myśli, że jeszcze mogłaby przed kimś otworzyć serce, a po drugie – nie zrobi tego siostrze, która zakochała się w Filipie. Problem w tym, że sytuacja wcale nie jest taka prosta. Kobieta wypiera bowiem uczucia, które się w niej rodzą, ale ewidentnie ta walka serca z rozumem może mieć tylko jeden finał. Czy Klaudia Bianek zakończy tę historię happy endem?

Autorka nie oszczędziła swojej bohaterki. Zafundowała jej śmierć męża, synka z chorobą Downa, samotne macierzyństwo i nieuzasadnione przekonanie, że miłość i nowy mężczyzna nie są już dla niej mimo, że jest dopiero po trzydziestce. Sporo jak na jedną kobietę, a to nie koniec emocjonalnych huraganów.

I wszystko byłoby idealnie, gdyby nie drażniąca jest drobiazgowość fabularna. Za dużo tu powtarzalnych opisów posiłków, ubioru, codziennych podobnych czynności. Fabuła nic by nie straciła na tym, gdyby było ich mniej. Nie do końca przypadł mi też do gustu taki pamiętnikarski sposób narracji, który zdominował książkę „Życie po tobie”. Jako wymagająca czytelniczka życzyłabym sobie lepszego podania literackiego tej historii, zwłaszcza, że wydaje się, że autorka ma potencjał, by pewne rzeczy wyeliminować, a inne rozwinąć w bardziej precyzyjną stronę. I tym samym trafić na wyższą półkę niż średniej jakości chic lit.

Klaudia Bianek, „Życie po tobie”, Czwarta Strona 2020

Zamrożona – Natasza Socha. Recenzja

Jakie jest Twoje życie seksualne? A jakie mogłoby być, gdybyś zaczęła myśleć więcej o sobie? Uśpiona seksualność to absolutnie stan przejściowy. Natasza Socha w nowej książce „Zamrożona” daje do myślenia każdej kobiecie. I robi to w fenomenalny sposób.

Można się było spodziewać, że autorka książką „Zamrożona” znów odpali jakąś petardę. I tak się właśnie dzieje. Tym razem na literacki warsztat trafił kolejny tematu tabu – seksualność kobiet. Postać głównej bohaterki dla wielu czytelniczek stanie się lustrem, w którym w mniejszym lub większym stopniu dostrzegą siebie. Czy tak jak w Julii obudzi się w nich odwaga do wewnętrznej metamorfozy? Jestem pewna, że tak.

Julia nie lubi seksu. Co więcej, czuje, że ta sfera życia to już przeszłość. Codzienny marazm – praca, dom, dzieci sprawia, że przestaje myśleć o swoich potrzebach i to nie tylko erotycznych, ale też bardziej przyziemnych. Nikt w domu nie pyta jej, co lubi i na co ma ochotę. Można powiedzieć, że swoją postawą sama sobie zgotowała taką codzienność, ale nie jest do końca tylko jej wina. Narasta w niej fala buntu, która potrzebuje ujścia.

I Julia znajduje upust dla swoich emocji. W ramionach innego mężczyzny. Żonatego i równie samotnego w małżeństwie jak ona. Od początku tej relacji jesteśmy świadkami intrygującego połączenia dusz i miłosnej chemii, która narasta. Dla kobiety okazuje się być punktem zwrotnym w życiu na wielu płaszczyznach, nie tylko seksualnej. Czy wystarczy poczuć się kochaną i pożądaną, by stracić status „zamrożonej”?

Książka Nataszy Sochy nie jest romansem. Nie jest to też erotyk. „Zamrożona” to fenomenalna opowieść o pustce i wyziębieniu seksualnym, które wkradają się do życia w najmniej spodziewanym momencie, gdy płyniemy leniwym nurtem codzienności pełnej rutyny. To również historia o nieświadomości w kwestii seksu, ale takiej indywidualnej, gdy wydaje się nam, że małe potrzeby albo ich całkowity brak to taka nasza przypadłość, z którą nie ma co walczyć. Po lekturze tej książki w głowie każdej kobiety zrodzi się pytanie o siebie, a nawet kilka. I warto na nie sobie szczerze odpowiedzieć, bo może się okazać, że same się zapętliłyśmy we własnym podejściu do seksu.

Natasza Socha, „Zamrożona”, Edipresse Książki 2020

Prawda przychodzi nieproszona – Magdalena Majcher. Recenzja

Książką „Prawda przychodzi nieproszona” Magdalena Majcher wkracza w kolejny temat tabu – problemy psychiczne, które mogą zawładnąć życiem, a do których trudno się przyznać, bo wstyd. To nic, że są efektem swoistej spuścizny pokoleniowej i bagażem, którego mogło nie być, a który jest i uwiera coraz bardziej, bo utrudnia codzienne funkcjonowanie.

Spośród wszystkich książek Magdaleny Majcher „Prawda przychodzi nieproszona” jest najbardziej uderzająca. Autorka serwuje dramat jednostki, którego katalizatorem jest okrutna zbrodnia. Magdalena – główna bohaterka zmaga się z zespołem lęku napadowego. Jej ataki paniki w pewnym momencie kompletnie dezorganizują jej życie, ale nie to jest najgorsze. O wiele gorsze są migawki wspomnień na jawie lub we śnie, w których powraca do dzieciństwa i śmierci matki. Co rzeczywiście wydarzyło się, gdy była małą dziewczynką? Dlaczego ojciec zamordował matkę? Co próbuje jej przekazać podświadomość?

Okazuje się, że misterny plan, który zaplanowała dla siebie Magda, czyli życie w absolutnym kłamstwie nawet przed mężem, może się nie udać. Choroba się nasila, wyrozumiałość męża zaczyna szwankować, a sama kobieta czuje, że doszła do ściany. Autorka ani przez moment nie pozwala jej jednak się poddać. Owszem, okupione jest wieloma skrajnymi emocjami, także u czytelnika, ale to tylko dowód na to, jak wiarygodnie jest przedstawiona ta historia. Skala dramatu jest tu naprawdę spora, a gdy prawda przyjdzie nieproszona, nic już nie będzie takie samo. Czy będzie lepiej? Warto się przekonać.

Jeśli Magdalena Majcher nowy cykl Osiedle Pogodne rozpoczyna z takim przytupem, to co będzie dalej? Jedno jest pewne, jeszcze wiele historii szarpiących za serce i duszę przed nami. A po tej autorce można już spodziewać się chyba wszystkiego w dobrym tego słowa znaczeniu.

Magdalena Majcher, „Prawda przychodzi nieproszona”, Pascal 2020

Stacja miłość – Zoe Folbigg. Recenzja

„Stacja miłość” to współczesne love story. Książka Zoe Folbigg przywraca wiarę nie tylko w to uczucie, ale też w romantyzm i przeznaczenie. Nikogo nie wiadomo do końca, kto komu pisany. A jeden poryw serca może zdecydować o wszystkim. Oto historia, którą napisało samo życie.

Zoe Folbigg miała prostę receptę na dobrą książkę obyczajową – opowiedzieć światu, że nie wolno tracić wiary w miłość i że można ją spotkać w najmniej spodziewanym momencie, choćby w zatłoczonym pociągu w drodze do pracy. Swoją osobistą historię ubrała w narrację, którą śmiało można nazwać współczesnym love story.

Maya – główna bohaterka spotyka tego jedynego w czasie podróży do pracy i przepada absolutnie. Na tyle, że uczucie, w której się w niej obudziło w sekundę, staje się sensem jej życia. Do swojego wybranka wzdycha jednak po cichu, obserwując go jedynie. I robi to przez wiele długich miesięcy, wierząc, że jej miłosna karta musi się wreszcie odwrócić. I gdy wreszcie robi pierwszy krok, okazuje się, że James już ma dziewczynę. Co więcej, świata poza nią nie widzi. Nic więc dziwnego, że w takiej sytuacji Maya zaczyna cierpieć, a jej romantyczna dusza dosłownie wyje.

Przez całą fabułę „Stacji miłość” śledzimy te uczuciowe rozterki. I byłoby to całkowicie nudne, gdyby nie to, że autorka serwuje nam też drugą stronę medalu. Kroi narrację na dwa punkty widzenia, damską i męską perspektywę, więc siłą rzeczy zaczynamy odruchowo kibicować bohaterom, by ich ścieżka się przecięła konkretnie, a na jej końcu był happy end.

Momentami opowieść Zoe Folbigg zakrawa na gigantyczny banał. No bo ile można wzdychać do obcego mężczyzny z pociągu? I jak bardzo można snuć romantyczne wizje w imię platonicznego uczucia, gdy rzeczywistość całkowicie odziera ze złudzeń. Okazuje się jednak, że w tę historię się wierzy. Absolutnie.

Zoe Folbigg, „Stacja miłość”, W.A.B 2020

Premiera książki 29.01.2020r.

%d blogerów lubi to: