Archiwa blogu

Serce w skowronkach – Magdalena Kordel. Recenzja

Jeśli boimy się spełniać swoje marzenia, nie mamy szansy na pełnię szczęścia. Możemy tylko trwać w codziennym kieracie, asekurując się tysiącem powodów od tego, czego naprawdę chcemy. Dokąd taka postawa zaprowadzi bohaterkę książki „Serce w skowronkach”?

Książka Serce w skowronkachMagdalena Kordel znów snuje narrację niby banalną, ale w gruncie rzeczy szalenie bliską życia. Tym razem na pierwszy plan wysuwają się tłumione porywy serca i próba okiełznania coraz bardziej palącej potrzeby walki o spełnienie na gruncie zawodowym. W obu przypadkach główna bohaterka Klementyna potrzebuje jednak solidnego kopniaka motywacyjnego. Wtedy ma szansę przestać się bać i zacząć normalnie żyć. Trudno jednak myśleć o sobie, kiedy jej uwagę zaprzątają wszyscy dookoła. Czy stać ją na odrobinę zdrowego egoizmu?

Książka „Serce w skowronkach” to dobrze skonstruowana kontynuacja losów bohaterów „Serca z piernika”. Magdalena Kordel trochę puściła jednak nieco fabularne cugle i pozwoliła poszczególnym postaciom na więcej. Przede wszystkim na więcej uczuć i wiary w to, że jutro może być o wiele lepsze. Dla każdego. Dla Klementyny, która się miota i próbuje postawić pierwszy odważny krok nie tylko w życiu uczuciowym. Dla jej małej córki Dobrochny, która coraz rozpaczliwiej pyta o ojca. I wreszcie dla babki Agaty, która żyje nadzieją na odnalezienie syna. Ich rozterki się przeżywa. I to jest mocny atut tej opowieści.

Po raz kolejny mam wrażenie, że spod pióra Magdaleny Kordel wychodzą tylko książki, w których motywem przewodnim jest propagowanie dobra. Jeśli ktoś poddaje w wątpliwość, że jeszcze można znaleźć jego bezinteresowne pokłady w drugim człowieku, koniecznie powinien sięgnąć po „Serce w skowronkach”. To optymistyczna lektura, która przywraca wiarę w to, że stać nas na wiele, o ile damy szansę. Na pierwszym miejscu sobie, a potem innym – szczególnie tym, którzy bardzo o nią zabiegają.

Magdalena Kordel, „Serce w skowronkach”, Znak 2018

Reklamy

Powiem Ci coś – Piotr Adamczyk. Recenzja

„Powiem Ci coś” to książka dość osobliwa narracyjnie, balansująca na granicy literackiego performance’u. Nie sposób odmówić jej tego, że wciąga. I to jak!

Książka Powiem ci cośDokąd może doprowadzić samotność mężczyznę w średnim wieku? Na manowce, szczególnie te emocjonalne. Doświadcza tego główny bohater nowej książki Piotra Adamczyka. Kiedy do jego domu wprowadza się młoda Tulinka, nadchodzi kres pustych dni, a z czasem także nocy. Poza pożądaniem pulsuje między nimi potrzeba intelektualnych rozmów, co w sumie nie dziwi, bo mamy do czynienia z pisarzem i malarką. Tym samym mocno uwypukla się również motyw kreatywności i twórczego marazmu.

Ten wątek autor chwyta jednak mocno i tworzy z niego osobną historię. Czy, książka, którą pisze główny bohater, rzeczywiście powstaje tylko w jego głowie? Gdzie tu tak naprawdę jest granica między tym co realne, a tym co podpowiada wyobraźnia? Im dalej w lekturę „Powiem Ci coś”, tym większe zapętlenie dwóch opowieści.

Ta kompilacja romansu i kryminału mogła się nie udać. Sporo tu bowiem narracyjnych przeskoków, które sprawiają, że w głowie czytelnika wciąż pali się lampka kontrolna, że oto zaraz coś tutaj pęknie. Że pojawi się niedopracowanie któregoś wątku. Tymczasem nic takiego się nie dzieje, bo Piotr Adamczyk snuje swą opowieść konsekwentnie, dając tylko złudzenie, iż coś wymyka mu się spod kontroli. Taka inteligentna zagrywka. Swoją drogą, jedna z wielu.

W książce „Powiem Ci coś” nie ma miejsca na literacki banał. To historia wielowarstwowa, naszpikowana niuansami, które w efekcie tworzą genialną całość. A miłość i pożądanie wcale nie są tutaj dominantą. Chciałoby się więcej takiej prozy.

Piotr Adamczyk, „Powiem Ci coś”, Dobra Literatura 2018

Tylko dobre wiadomości – Agnieszka Krawczyk. Recenzja

Agnieszka Krawczyk nigdy nie idzie utartym literackim szlakiem, czego dowodzi jej książka „Tylko dobre wiadomości”. To intrygująca opowieść, w której mocny akcent położony jest na sferę zawodową głównych bohaterek. Czy jest w niej miejsce na poryw serca? Albo nawet coś więcej? Co się stanie, kiedy otworzą się na więcej?

Książka Tylko dobre wiadomościIzabela i Kamila. Charyzmatyczna dziennikarka i powściągliwa tłumaczka – ich wspólny biznes w postaci czasopisma dla kobiet jawi się jako rewelacyjny pomysł, ale nie mają one pojęcia, z czym tak naprawdę przyjdzie im się zmierzyć. Bo o ile w kwestiach zawodowych wszystko rokuje dobrze, o tyle w sprawach prywatnych muszą zadać sobie kilka fundamentalnych pytań, a potem szczerze na nie odpowiedzieć. Kto wyłoży wszystkie karty na stół?

Oczywiście, tam gdzie są dwie tak zaradne kobiety, pojawiają się też mężczyźni, którzy mimo wszystko chcą im pomóc. I wszystko byłoby jak w taniej telenoweli gdyby nie to, że one niekoniecznie potrzebują wsparcia. Niekoniecznie też chcą się wiązać, bo mają za sobą różne doświadczenia. Na szczęście, autorka wie, jak poprowadzić takie wątki, by satysfakcję miały nie tylko bohaterki, ale też czytelnik.

Nie szufladkowałabym książki „Tylko dobre wiadomości” jako romans. Spod pióra Agnieszki Krawczyk zawsze wychodzi coś więcej. W tym przypadku jest to dobrze skrojona fabularnie literatura obyczajowa, w której codzienność usłana jest różnymi zdarzeniami. Każde z nich przybliża kobiety do poznania prawdy o sobie.

Przewrotność losu może popchnąć w złą stronę, ale może też otworzyć głowę i serce na coś, co do tej pory było poza naszym zasięgiem. Wystarczy dać sobie szansę. W książce „Tylko dobre wiadomości” widać to jak na dłoni.

Agnieszka Krawczyk, „Tylko dobre wiadomości”, Filia 2018

Troje na huśtawce – Natasza Socha. Recenzja

„Troje na huśtawce” to książka, która rozbuja emocje. Natasza Socha w humorystyczno-ironicznej konwencji mierzy się z tematem tabu. I robi to genialnie. Romans z młodszym jeszcze nigdy nie był podany w taki sposób.

Książka Troje na huśtawceMiłość nie wybiera. I za nic ma metrykę, zwłaszcza kiedy jednym rytmem zaczynają bić serca, które dzieli kilkanaście lat. Przekonuje się o tym Koralia. Gdyby ktoś jej kiedyś powiedział, że zapała uczuciem do syna przyjaciółki, wybuchłaby śmiechem. Tymczasem życie pisze jej niespodziewany scenariusz napompowany gigantycznymi wyrzutami sumienia. Jak pogodzić zakochanie z lojalnością wobec najlepszej koleżanki? I co, kiedy ta dowie się prawdy? Czy po 40-stce jeszcze wypada dać się ponieść sile tak nietypowego uczucia?

W książce „Troje na huśtawce” autorka serwuje sporo skrajnych emocji. Świetnie zbudowany portret Koralii powoduje, że przeżywa się każde jej zwątpienie i raduje się, kiedy spuszcza serce ze smyczy. Wszystko, co nią miota, to trochę lustrzane odbicie zachowań większości kobiet bez względu na wiek, które myślały, że miłość to już nie dla nich. A tu niespodzianka!

Świetnie, że Natasza Socha poszła w dobrze dozowaną ironię i komizm, bo dzięki temu nie ma tu romantycznej egzaltacji. Są emocjonalne zawieruchy o różnym natężeniu. A tak przecież bywa na życiowej huśtawce.

Można zarzucić tej opowieści chaotyczność, skakanie w czasie, ale wszystko to jest uzasadnione, bo po pierwsze ma ona formę pamiętnika. A po drugie – w bohaterce mocno buzują uczucia, więc kiedy musi je z siebie wyrzucić, robi to szybko, nie skupiając się się na idealnej chronologii. I dlatego taka narracja w tym przypadku się broni.

Wisienką na torcie w książce „Troje na huśtawce” jest natomiast zakończenie. Natasza Socha połechtała moje czytelnicze ego. Taki finisz nie pozostawia złudzeń, że autorka po raz kolejny pokazała, że literacki marazm jej nie grozi. I oby tak dalej.

Natasza Socha, „Troje na huśtawce”, Edipresse Książki 2018

Inne książki Nataszy Sochy:

„Dwanaście niedokończonych snów”

„Apteka marzeń”

„Rosół z kury domowej”

Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie – Janusz L. Wiśniewski. Recenzja

Lubię prozę Janusza L. Wiśniewskiego, ale „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” to jakiś toporny twór literacki. Ni to dramat, ni to retrospektywny romans. Galopada myśli w zbyt przeintelektualizowanym stylu. Mnie ta książka nie porwała.

Książka Wszystkie moje kobietyKiedy życie wisi na włosku, zwykle przychodzi czas na podsumowania. Taki punkt wyjścia obrał Janusz L. Wiśniewski w swojej najnowszej książce. To nietypowa lekcja miłości, którą bohater odrabia po czasie, kiedy wszystkie jego kobiety są już w jakiś sposób skrzywdzone, a on przykuty do łóżka. W takiej sytuacji pozostaje mu już tylko rozliczyć się z tym, co było. Emocjonalne koleiny, które podglądamy, stają się świadectwem jego uczuciowo-erotycznej egzystencji i ucieczki przed stabilizacją. Czy taka refleksja jest w stanie przekonać czytelnika?

Miszmasz wątków, które składają się na całość książki „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie” jest spory. Narrator skacze od wspomnienia do wspomnienia, przypomina sobie poszczególne partnerki i rozkłada na czynniki pierwsze to, co ich łączyło. Większość z nich skrzywdził, oczarował, uwiódł, może czasem pokochał na swój sposób, ale finalnie i tak czegoś zabrakło. Co jednak miał i ma w sobie, że one wracają, kiedy ten zapada nagle w śpiączkę?

Obawiałam się, że Wiśniewski się zagalopuje i wybieli głównego bohatera. Na szczęście w żaden sposób go nie rozgrzesza. Warstwa po warstwie zdziera z niego maskę, za którą ten w jakiś sposób dotąd się skrywał. Zamiast szczęśliwej, długotrwałej miłości jego związki przypominały ciągły test, który oblewały kolejne kobiety. Bez względu na to, czy chodziło o krótkie przygody czy dłuższe choć niedookreślone relacje. A lekcje miłości, które przynosiło życie okazały się wyzwaniem, któremu nie potrafił sprostać. Zaskakujące z jaką łatwością przychodziło mu rozbudzanie uczuć, a jak wielką trudnością okazywało się branie za to pełnej odpowiedzialności. I tak od początku do końca książki „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie”. Może i dojrzale, ale jakoś tak niezajmująco.

To historia spokojna i refleksyjna, ale według mnie podana w zbyt egzaltowany sposób podlany dygresjami, które momentami bardzo nużą. Autor skutecznie uwodzi krótkimi formami narracyjnymi, ale w takiej odsłonie mnie nie przekonuje.

Janusz L. Wiśniewski, „Wszystkie moje kobiety. Przebudzenie”, Znak 2017

%d blogerów lubi to: