Archiwa blogu

Troje na huśtawce – Natasza Socha. Recenzja

„Troje na huśtawce” to książka, która rozbuja emocje. Natasza Socha w humorystyczno-ironicznej konwencji mierzy się z tematem tabu. I robi to genialnie. Romans z młodszym jeszcze nigdy nie był podany w taki sposób.

Książka Troje na huśtawceMiłość nie wybiera. I za nic ma metrykę, zwłaszcza kiedy jednym rytmem zaczynają bić serca, które dzieli kilkanaście lat. Przekonuje się o tym Koralia. Gdyby ktoś jej kiedyś powiedział, że zapała uczuciem do syna przyjaciółki, wybuchłaby śmiechem. Tymczasem życie pisze jej niespodziewany scenariusz napompowany gigantycznymi wyrzutami sumienia. Jak pogodzić zakochanie z lojalnością wobec najlepszej koleżanki? I co, kiedy ta dowie się prawdy? Czy po 40-stce jeszcze wypada dać się ponieść sile tak nietypowego uczucia?

W książce „Troje na huśtawce” autorka serwuje sporo skrajnych emocji. Świetnie zbudowany portret Koralii powoduje, że przeżywa się każde jej zwątpienie i raduje się, kiedy spuszcza serce ze smyczy. Wszystko, co nią miota, to trochę lustrzane odbicie zachowań większości kobiet bez względu na wiek, które myślały, że miłość to już nie dla nich. A tu niespodzianka!

Świetnie, że Natasza Socha poszła w dobrze dozowaną ironię i komizm, bo dzięki temu nie ma tu romantycznej egzaltacji. Są emocjonalne zawieruchy o różnym natężeniu. A tak przecież bywa na życiowej huśtawce.

Można zarzucić tej opowieści chaotyczność, skakanie w czasie, ale wszystko to jest uzasadnione, bo po pierwsze ma ona formę pamiętnika. A po drugie – w bohaterce mocno buzują uczucia, więc kiedy musi je z siebie wyrzucić, robi to szybko, nie skupiając się się na idealnej chronologii. I dlatego taka narracja w tym przypadku się broni.

Wisienką na torcie w książce „Troje na huśtawce” jest natomiast zakończenie. Natasza Socha połechtała moje czytelnicze ego. Taki finisz nie pozostawia złudzeń, że autorka po raz kolejny pokazała, że literacki marazm jej nie grozi. I oby tak dalej.

Natasza Socha, „Troje na huśtawce”, Edipresse Książki 2018

Inne książki Nataszy Sochy:

„Dwanaście niedokończonych snów”

„Apteka marzeń”

„Rosół z kury domowej”

Reklamy

Mała księgarnia samotnych serc – Annie Darling. Recenzja

„Mała księgarnia samotnych serc” to lekka, zabawna, momentami uroczo irytująca opowieść o życiu zdominowanym przez książki. Kiedy okazuje się, że to prawdziwe przecieka między palcami i wymaga realnych działań, a nie snucia romantycznych wizji, robi się nerwowo i nieporadnie. W dodatku w powietrzu wisi romans, bo kto się czubi, ten się lubi. U Annie Darling ta mieszanka jest wybuchowa na każdym kroku. I stanowi niezłą rozrywkę dla czytelnika złaknionego książki, która nie wymaga wygibasów umysłu.

Mała księgarnia samotnych sercPosy Morland – główna bohaterka jest nieco karykaturalna w tym swoim romantycznym podejściu do życia. Na ziemię sprowadza ją dopiero konieczność objęcia sterów w księgarni i uratowanie jej od zamknięcia. Czy odnajdzie w sobie wolę walki? Czy potrafi złapać codzienność za barki i stawić czoła Sebastianowi, najbardziej obcesowemu człowiekowi w Londynie, który ma chrapkę na jej biznes?

Książka „Mała księgarnia samotnych serc” to narracja typowo rozrywkowa, w której pobrzmiewa echo nie tyle tęsknoty za wielkim uczuciem, co ogromny pęd do spełnienia marzeń. Co prawda Posy jest w tym wszystkim szalenie nieporadna i wszystko wskazuje na to, że jedyne, co jej dobrze wychodzi, to zatapianie się w lekturze, ale Annie Darling zmusza ją do zmierzenia się z prozą życia, która daleka jest od tego, co znajduje na kartkach ulubionych książek. W dużej mierze ta fabuła ma mocny wydźwięk parodystyczny. Nie sposób się tutaj nie śmiać i nie sposób patrzeć z dużym przymrużeniem oka na to, co wyczyniają wszyscy bohaterowie. O racjonalnych działaniach nie ma tu mowy. Ten koktajl osobowości buzuje intensywnie od początku do końca. A finał? No cóż. Ten może być tylko jeden.

Annie Darling, „Mała księgarnia samotnych serc”, Czarna Owca 2017

Na krawędzi nigdy – J.A. Redmerski. Recenzja

Oto historia o tym, jak uciekając przed jednym, można wpaść w sidła drugiego. Czy warto poddać się chwili i nią żyć?

Na krawędzi nigdy„Na krawędzi nigdy” to romans, który nie oscyluje jedynie wokół namiętności i pożądania. Wiele tu bowiem rozterek duchowych i licznych bitew między sercem a rozumem. Tak wykreowana fabuła nie trąci banałem, a książkę czyta się z przyjemnością. Dobrym pomysłem autorki było również oparcie koncepcji fabularnej na motywie drogi, który, jak się okazuje, nawet w romansie może mieć sens. Taki zabieg nadał książce J.A. Redmerski literackiej świeżości.

Ma on tu kolosalne znaczenie. Choć jesteśmy świadkami rzeczywistej podróży, to dla bohaterów staje się ona tak naprawdę podróżą w głąb siebie. Przypadkowe spotkanie w autobusie staje się dla Camryn i Andrew nowym początkiem, choć początkowo nic na to nie wskazuje. Popchnięci przez los w swoją stronę, muszą zmierzyć się z własnymi emocjami i rodzącym się uczuciem. Na jego tle ważniejsze wydaje się jednak dążenie obojga do odnalezienia własnego miejsca w życiu, pomysłu na siebie i wiary w to, że wiele może się udać. Ich wyprawa to łyk niczym nieskrępowanego poczucia wolności, garść dylematów i wybuchowa mieszanka uczuć, z którymi często nie da się walczyć.

Zapewne gdyby akcja biegła innym torem, bardziej schematycznym, to książka „Na krawędzi nigdy” kompletnie nie zwróciłaby na siebie uwagi. Tymczasem J.A. Redmerski, decydując się na taką a nie inną konstrukcję oraz narrację prowadzoną z dwóch perspektyw, sprawiła, że lektura jest po prostu przyjemna. A wielu czytelniczkom skradnie serce.

J.A. Redmerski, „Na krawędzi nigdy”, Wydawnictwo Filia 2014

%d blogerów lubi to: