Jeszcze się kiedyś spotkamy – Magdalena Witkiewicz. Recenzja

Jakie czasy, taka miłość. Dobitnie udowadnia to Magdalena Witkiewicz w swojej najnowszej książce „Jeszcze się kiedyś spotkamy”. To opowieść poruszająca wszystkie wrażliwe struny. Taka, która uzmysławia ogromną przepaść w jakości uczuć teraz i kilkadziesiąt lat temu.

Kiedy autorka serwuje historię, w której punkt ciężkości narracji spoczywa nie na teraźniejszości, a na przeszłości, to zawsze jestem ciekawa, jak będzie ona biegła. W przypadku książki „Jeszcze się kiedyś spotkamy” dynamizuje ją wojenna rzeczywistość. I to jak!

Nie jest to jednak typowa opowieść o wojnie. Dla Magdaleny Witkiewicz motyw ten stał się doskonałym pretekstem do opowiedzenia historii o miłości i przyjaźni wystawionych na największą z życiowych prób. Co więcej, autorka kontrastuje ją ze współczesną opowieścią. Tym samym w pakiecie dostajemy losy dwóch bliskich sobie kobiet – babci i wnuczki, które sporą część swojego życia spędziły na czekaniu na ukochanego mężczyznę. Czy było warto?

Zanim poznamy odpowiedź na to pytanie, przyjdzie nam przeżyć razem z bohaterami całą gamę emocji – od radosnych uciech, przez brutalne rozstania i podłe zagrywki aż po strach przed śmiercią. Tak dojmujący, że aż niemal odczuwalny. Kto złamie się pod ciężarem takich doświadczeń? Komu przyjdzie zweryfikować uczucia? A kto będzie żył w ciągłym oczekiwaniu na cud?

Autorka nie koncentruje się tylko na samej wojnie, ale pokazuje też swoich bohaterów w późniejszych latach. Dzięki temu możemy zobaczyć, jak bardzo zmienił ich ten podły czas i co się stało z ich życiem. W kontraście do tego dostajemy wspomnianą uczuciową historię wnuczki jednej z kobiet, co nie jest bezcelowe. Służy bowiem temu, by podkreślić znaczenie psychologii transgeneracyjnej. Jeśli dobrze poznamy dzieje swoich przodków, okaże się, że w jakimś stopniu powielamy pewne decyzje, a nawet sposób życia. To intrygujący aspekt książki „Jeszcze się kiedyś spotkamy”, który staje się punktem wyjścia do refleksji nad swoją prywatną historią rodzinną, a nawet do zagłębienia się w nią. Na pewno każdy odnajdzie w swojej niuanse, które pozwolą mu uwierzyć w bieg pewnych wydarzeń.

Nie da się ukryć, że „Jeszcze się kiedyś spotkamy” to najbardziej dojrzała, ale też melancholijna książka w dorobku Magdaleny Witkiewicz. I zdecydowanie ku refleksji.

Magdalena Witkiewicz, „Jeszcze się kiedyś spotkamy”, Wydawnictwo Filia 2019

Reklamy

Kryształowi. Łatwy hajs. Joanna Opiat-Bojarska. Recenzja

Joanna Opiat-Bojarska swoją kryminalną trylogią o kryształowych (funkcjonariuszach Biura Spraw Wewnętrznych) rozbija literacki bank. Po raz drugi i to z jeszcze większym impetem. „Kryształowi. Łatwy hajs” to kryminał tak mocny, wulgarny i epatujący seksem, a przy tym tak genialnie napisany, że nie sposób czytać go na raty. Trzeba go sobie zaaplikować jednorazowo.

Kiedy czytałam „Świeżą krew”, byłam pełna podziwu dla odwagi autorki i niemal chirurgicznej precyzji w konstruowaniu fabuły. Nie mówiąc już o wyważeniu drzwi do męskiego brutalnego świata, w którym nie ma miejsca na sentymenty. A teraz mój podziw poszybował jeszcze wyżej, bo Joanna Opiat-Bojarska właśnie spuściła z literackiej smyczy chyba już wszystko, co się dało, bo „Łatwy hajs” kompletnie nie mieści się w ramach gatunku. To prawdziwa żyleta i to nie do podrobienia.

Tym razem znany z pierwszej części Driver jest już funkcjonariuszem BSW. Nie oznacza to jednak, że spoczywa na laurach. Jego motywacja do pracy jest jeszcze większa. A życie w biurze nie ułatwia mu Zofia, koleżanka biurko w biurko. Na celowniku mężczyzny znajduje się jeden z policjantów, który łączy tę funkcję z gangsterką i to z najwyższej półki. Jak jednak zebrać na niego dowody, kiedy ten jest do granic przebiegły? Opcja jest tylko jedna – czekać, aż zgubi go pewność siebie, a ta jest momentami do cna irytująca.

Niewątpliwej mocy akcji dodaje osadzenie jej w szemranym światku klubów go-go i uciech seksualnych w tajemniczych kręgach. Śledzony fusz ma ogromny udział w ich funkcjonowaniu i to na różnych polach. I czuje się przy tym szalenie bezkarny. Dokąd go to zaprowadzi?

Joanna Opiat-Bojarska znów udowadnia, że książka zdominowana przez bohaterów mężczyzn to dla niej błahostka. A niebywałe uznanie należy się jej nie tylko za pomysł na serię o kryształowych, ale przede wszystkim za jego realizację precyzyjną w każdym calu. Jeśli macie odwagę wniknąć do świata przesyconego brutalnością, podwójną moralnością i brakiem wyrzutów sumienia, to śmiało. Dzięki tej trylogii przekonacie się, że polski kryminał ma już całkiem inną twarz.

Joanna Opiat-Bojarska, „Kryształowi. Łatwy hajs”, Muza SA 2019

Zobacz również:

„Kryształowi. Świeża krew”

Coś musi trwać – Joanna Kruszewska. Recenzja

Życie nie lubi próżni. I nawet, jeśli coś się całkowicie sypie, to coś innego musi trwać. Co przetrwa w finale opowieści o rodzinie Bialickich? Joanna Kruszewska pozwala swoim bohaterom na emocjonalne wyskoki, po których już nic nie będzie takie samo.

Poprzednie części serii („Nic się nie kończy” i „Wszystko się zaczyna”) udowadniały, że warto pielęgnować w sobie pokłady zdrowego egoizmu i uwolnić je w najmniej spodziewanym momencie, by zacząć żyć na własnych zasadach. Teraz skutki tego odczują wszyscy bohaterowie. Okazuje się bowiem, że wyjazd nestorki rodu i wnuczki stał się katalizatorem zachowań, których nie można już w żaden sposób cofnąć.

W książce „Coś musi trwać” Joanna Kruszewska rozwija wątek, który tak intrygująco zakończył część drugą. Mamy więc odwołany ślub, naderwane więzi między siostrami i szukanie siły w sobie, by zmierzyć się z tym, co nieoczekiwanie przyniosło życie. Niektórzy muszą otworzyć serce, inni je zamknąć, a jeszcze inni uwierzyć, że nic nie dzieje się przypadkiem.

Wszystko to sprawia, że fabuła ani na moment nie traci impetu. Jest tu zaskakująco gęsto od emocji i licznych zwrotów akcji. Mam wrażenie, że po bardzo zachowawczej narracji części pierwszej i ciut odważniejszej części drugiej, dopiero teraz autorka pokazała literacką dojrzałość. Nie da się bowiem ukryć, że „Coś musi trwać” jest najlepszą książką w całej serii.

Sporo tu indywidualnych wewnętrznych trzęsień, które zmuszają do nowego spojrzenia nie tylko na siebie, ale też najbliższych. Każdy w jakiś sposób wychodzi ze swojej bezpiecznej skorupy, by zobaczyć codzienność z trochę innej strony. Sparzyć się lub zachłysnąć nowym etapem, ale z poczuciem, że nie można nikogo obarczać za taki los.

Każdy, kto poznał wcześniej losy Marty i jej babci, teraz uśmiechnie się z poczuciem, że wszystko wskoczyło na właściwe miejsce, nawet jeśli nie wszystkim decyzjom bohaterów chce się od razu przyklasnąć. Ale to właśnie dzięki nim portret tej wielopokoleniowej rodziny teraz ma całkiem inny kolor.

Blog Książki na czasie jest patronem medialnym książki!

Joanna Kruszewska, „Coś musi trwać”, Replika 2019

Zobacz poprzednie części:

„Nic się nie kończy”

„Wszystko się zaczyna”

Wada – Robert Małecki. Recenzja

„Wada” to kryminał zaskakująco spokojny, a przy tym budzący skrajne emocje. Jak to możliwe? Robert Małecki genialnie konstruuje narrację, tworząc z niej łamigłówkę dla najbardziej wymagających czytelników. Tak po prostu.

Na dzień dobry dostajemy intrygującą zbrodnię. Nie ma ciała, narzędzia, a nawet sprawcy. Komisarz Bernard Gross (znany ze „Skazy”) nie byłby jednak sobą, gdyby nie zaczął drążyć sprawy z kilku stron, szukać punktu zaczepienia w najbardziej absurdalnych zakątkach i łączyć ze sobą pozornie kompletnie różnych tropów. Im dalej w lekturę, tym jeszcze więcej zakrętów nie tylko w głowie mężczyzny.

A wszystko dlatego, że Robert Małecki żongluje wątkami. I już od samego początku książki „Wada” można się zastanawiać, dokąd to wszystko zaprowadzi, skoro punktem wyjścia jest pusty zakrwawiony namiot na płatnej plaży i ślady krwi dookoła niego. Może się to wydać słabym startem dla kryminału, ale nie w tym przypadku. Tutaj to świadoma zagrywka autora, który w ten sposób nie tylko intryguje, ale też umiejętnie wyprowadza w pole.

Śledztwa prowadzone przez Grossa jest wyjątkowo mozolne, a przy tym skonstruowane tak, że nie sposób się nudzić. Ot, taki paradoks twórczości Roberta Małeckiego. A właściwie geniusz, bo takiego sposobu prowadzenia narracji nie da się ująć w inne ramy. Spokój fabularny, który jednocześnie budzi w czytelniku wiele emocji to majstersztyk. W dodatku szalenie precyzyjny pod każdym względem. Lubię, kiedy podczas lektury czuć, że autor dołożył wszelkich starań, by dana opowieść porwała i zostawiła z poczuciem pełnego zadowolenia, że oto miało się do czynienia po prostu z dobrą książką. W tym kryminale jest wszystko, czego wymagający czytelnik może oczekiwać od tego gatunku.

W przypadku „Wady” istotne są nie tylko aspekty kryminalne. Robert Małecki przeplata w tej fabule znacznie więcej motywów. Dobitnie pokazuje, że kłamstwo zakorzenione w przeszłości wydostanie się na powierzchnię w najmniej spodziewanym momencie i uruchomi lawinę wydarzeń, które wywrócą życie wielu osób do góry nogami. Taka jest jego destrukcyjna siła!

Robert Małecki, „Wada”, Czwarta Strona 2019

Ogród Zuzanny. Tom 3. Warto walczyć o tę miłość. Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska. Recenzja

Czy warto walczyć o miłość? Jeśli jest prawdziwa, to zawsze, choćby emocjonalne konsekwencje tej walki dawały o sobie znać jeszcze przez długi czas. Przekonują się o tym bohaterowie trzeciego tomu „Ogrodu Zuzanny” duetu Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska.

Jeśli drugi tom pozostawił z poczuciem, że autorki mocno poplątały ścieżki i uczucia mieszkańców Starej Leśnej i że nie da się już bardziej, to bardzo mylne to przekonanie, bo da się. I to tak, że czytelnik czuje się niczym na emocjonalnej huśtawce, która raz szybuje w stronę radości, by za chwilę skierować się ku wzruszeniu. A jeszcze w międzyczasie zrobić przystanek tam, gdzie skrzą się cięte riposty. Ależ się dzieje w książce „Ogród Zuzanny. Warto walczyć o tę miłość”!

Tym razem dominujący staje się wątek Kazi Leszczyńskiej i jej małżeństwa w stanie totalnego kryzysu. Czy po tylu latach można jeszcze mówić o miłości? Szczególnie że między nią a mężem coraz więcej wybuchów lub cichych dni? A poprawie relacji nie służy pojawienie się dawnej miłości Ludwika. Sytuację starają się opanować przyjaciółki kobiety – Zuza i Wiola, ale one też nie mają spokojnego serca. Każda z nich przeżywa swój wewnętrzny tajfun, który może okiełznać tylko miłość i wsparcie bliskich osób.

Książka ponownie sfokusowana jest na kontakt z naturą i relacje międzyludzkie w małej społeczności. I wszystko to jest doskonale ubrane w słowa. Wiarygodne dialogi, prawdziwe emocje, problemy, które mogą stać się udziałem każdego, małe i duże radości, smutki dzielone na pół a nawet więcej. Czego jeszcze chcieć więcej? Tę opowieść się przeżywa, bo w jakiś sposób świdruje duszę.

Ze wszystkich trzech części „Ogrodu Zuzanny” ta jest też zdecydowanie najbardziej dojrzała. Jak na dłoni widać konsekwencję w prowadzeniu poszczególnych wątków do mniej lub bardziej przewidywalnego finiszu. Nie mówiąc już o konstrukcji bohaterów, którzy dostali tutaj więcej głosu i możliwości pokazania się z różnych stron. Tylko na tym zyskują w oczach czytelnika. No i te refleksje, które budzą się błyskawicznie i zostają w głowie jeszcze długo po lekturze.

Jak tu bowiem zapomnieć, że największą moc ma nie tylko miłość, ale też  przyjaźń. A jeśli w ludziach widzi się dobro, choć oni sami jeszcze nie do końca w to wierzą, to nie ma takiej siły, która zatrzymałaby przed szczęściem. Choć droga do niego bywa wyboista, o czym przekonują się wielokrotnie poszczególne postacie, to nie można go ominąć. Ono tylko czeka na to, by na nie przyjaźnie spojrzeć i pozwolić się rozgościć w życiu, a w konsekwencji uczynić je lepszym. Dzięki tej książce, a także całej serii „Ogród Zuzanny” Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska przypominają o fundamentalnych wartościach, które sprawiają, że życie nie ma prawa obudzić w nas poczucia, że coś zepsuliśmy.

Justyna Bednarek i Jagna Kaczanowska, „Ogród Zuzanny. Tom 3. Warto walczyć o tę miłość”, W.A.B 2019

Zobacz również:

„Ogród Zuzanny. Tom 1. Miłość zostaje na zawsze”

„Ogród Zuzanny. Tom 2. Odważ się kochać”

%d blogerów lubi to: