Pod kluczem – Ruth Ware. Recenzja

Ekskluzywny dom na odludziu naszpikowany elektroniką i owiany złą sławą. Niania, która musi okiełznać nie tylko technologię, ale też dzieci i harce umysłu, które nasilają się z każdym dniem. Co jej się wydaje, a co rzeczywiście się dzieje? Ruth Ware w thrillerze „Pod kluczem” serwuje gęstniejącą atmosferę strachu. Szybsze bicie serca podczas lektury też murowane.

Zaczyna się niewinnie i nieco banalnie. Oto młoda dziewczyna Rowan trafia na żyłę złota w postaci pracy jako niania w domu rodziny Elincourtów. Wysoka pensja ma jej zrekompensować niedogodności – odludzie i nieposłusznych podopiecznych. Na dzień dobry kobieta od pierwszego dnia pracy zostaje zdana sama na siebie, bo pracodawcy wyjeżdżają służbowo. Co może wydarzyć się zaledwie w ciągu kilku dni? Ruth Ware pokazuje, że naprawdę dużo i to złego. Po co tak właściwie Rowan zatrudniła się jako niania? I czy rzeczywiście motyw finansowy był najważniejszy?

Zanim się tego dowiemy, przyjdzie nam poznać cały przebieg pobytu kobiety w domu Elincourtów, bo autorka prowadzi narrację dość nietypowo, w formie retrospekcyjnej. Już na wstępie dowiadujemy się, że Rowan przebywa w więzieniu oskarżona o morderstwo dziecka. Cała fabuła „Pod kluczem” zbliża nas do poznania okoliczności i prawdy, bo kobieta twierdzi, że jest niewinna.

Thriller „Pod kluczem” bardzo współczesny wydźwięk zyskuje za sprawą technologii, którą autorka wplotła w fabułę, a właściwie wyposażyła w nią cały dom. W pewnym momencie takie życie sterowane aplikacjami zaczyna przerażać. A do tego wszystkiego dochodzą jeszcze niepokojące nocne dźwięki w formie kroków i zabudowana część domu, w której ewidentnie coś się dzieje. Napędza to spiralę lęku i u głównej bohaterki, i u czytelnika.

Ruth Ware stopniuje napięcie i robi to naprawdę dobrze. Buduje narrację tak, by czytelnik się nudził, a kolejne wątki wskakują na swoje miejsce w odpowiednim momencie. Nie ma tu zawiłej intrygi, bo sedno tej opowieści leży gdzie indziej. Ot, „Pod kluczem” to po prostu thriller psychologiczny wart przeczytania.

Ruth Ware, „Pod kluczem”, Czwarta Strona Kryminału 2020

Zagubieni – Natasza Socha. Recenzja

„Zagubieni” Nataszy Sochy to książka tętniąca samotnością i usilnymi próbami jej okiełznania, choć czasem te próby podejmowane są tylko w głowie. A tytułowe zagubienie może sprowadzić na różne ścieżki. Także tą, którą ma być ostatnią. Ale czy na pewno?

Wiedziałam, że Natasza Socha potrafi szarpać za duszę, ale żeby aż tak? Może w moim przypadku ta fabuła trafiła na podatny grunt, a może taka jej moc, że nie można jej czytać obojętnie.

Sonia i Mati poznają się przypadkiem na moście w momencie, gdy oboje chcą popełnić samobójstwo. Zaczynają się licytować, kto ma większe powodu ku temu, by skoczyć jako pierwsze, ale w efekcie postanawiają spróbować poznać życie z lepszej strony. Razem, przez miesiąc, po którym zdecydują, czy ich decyzja jest nadal taka sama.

Czas, który razem spędzają okazuje się być lekcją nie tylko dla nich, ale też dla czytelnika. Oto bowiem nasi zagubieni zaczynają dostrzegać w pozornie prostych rzeczach powód do uśmiechu. Niewielkie gesty ocieplają serce, a poznawanie nowych zajęć pompuje w nich nieco endorfin. Skupiają się na tu i teraz, by przeżyć te kilka tygodni maksymalnie intensywnie, mając z tyłu głowy, że są to być może ich ostatnie tygodnie. W tym czasie też poznają siebie, swoje dobre i złe strony. Czy zrodzi się między nimi miłość? U Nataszy Sochy takie rozwiązanie byłoby zbyt banalne.

Książka Nataszy Sochy to swego rodzaju wiwisekcja emocji ludzi, którzy zatracają się w samotności i próbują znaleźć dla nie ujście, jednocześnie czując, że to nie jest rozwiązanie. Autorka trafnie ukazuje, to co dzieje się w ich głowach i sercach i do jakich zachowań prowadzi. Psychologizm postaci jest tu tak dopracowany, że ich emocje są bardzo odczuwalne.

No i to fenomenalne, zaskakujące zakończenie. Wisienka na torcie.

Natasza Socha, „Zagubieni”, Edipresse Książki 2020

Głodnemu trup na myśli – Iwona Banach. Recenzja

„Głodnemu trup na myśli” Iwony Banach to jedna z najlepszych komedii kryminalnych, jakie czytałam. Innowacyjny pomysł na morderstwo w pakiecie z absurdalnym humorem na wysokim poziomie to mieszanka intrygująca, jednocześnie trzymająca w napięciu i bawiąca od początku do samego końca.

Aby napisać dobrą komedię, trzeba mieć nie tylko pomysł, ale też tzw. smykałkę do budowania narracji humorystycznej, a przy tym pozbawionej sztuczności. Wtedy taka fabuła żyje swoim życiem i bawi. A jeśli jeszcze do tego dorzucimy intrygujący i dobrze poprowadzony wątek kryminalny, to w efekcie możemy się spodziewać książki takiej jak „Głodnemu trup na myśli”.

Stajemy się uczestnikami śledztwa w sprawie dość tajemniczej śmierci Amerykanki o polskich korzeniach. Czy jej przyjazd do ośrodka zaburzeń odżywiania w Polsce ma drugie dno? Kogo odwiedziła, zanim znaleziono ją martwą? Jaka sprawa z przeszłości mogła upomnieć się o prawdę właśnie teraz?

Tę zagadkę próbuje rozwiązać nie tylko miejscowa policja, ale też Magda, dla której ta sprawa może być krokiem milowym w stronę założenia agencji detektywistycznej. Czy jednak działanie na własną rękę jest bezpieczne, gdy wokół śmierci Amerykanki same niewiadome? Próba dojścia do prawdy okaże się drogą usłaną mnóstwem mylnych tropów, bo komuś bardzo zależy, by nie rozgrzebywać przeszłości.

Iwona Banach w komediowej narracji czuje się wybitnie dobrze, dzięki czemu czytelnik dostaje dopracowaną opowieść, z której wycieka mnóstwo humoru. Dobrze skonstruowane, lekkie i momentami podszyte dawką ironii dialogi to nie jedyny walor najnowszej książki autorki. Mnie, jako miłośniczkę kryminałów, zachwycił sam wątek główny w „Głodnemu trup na myśli”. Wszystko jest tu w punkt.

Iwona Banach, „Głodnemu trup na myśli”, Dragon 2020

Awaria uczuć – Joanna Kruszewska. Recenzja

Awaria uczuć zdarza się nawet w najlepszych związkach i z różnych powodów. Ale czy każdą da się usunąć? Joanna Kruszewska wystawia swoich bohaterów na próbę, zmuszając ich, by dojrzeli. Po prostu.

Lubię, kiedy fabuła ocieka realizmem, a sztucznością nie emanują ani poszczególne wątki i ich rozwój, ani dialogi bohaterów. Joanna Kruszewska znów udowadnia, że proste historie, które mogłyby przytrafić się każdemu, to najlepszy pomysł na książkę. W „Awarii uczuć” prawdziwych problemów co niemiara.

Oto bowiem okazuje się, że niczego nie można być pewnym, a życie może przekoziołkować w jednej chwili. Na własnej skórze przekonuje się o tym Matylda, która w mig traci nie tylko pracę, ale też mężczyznę swojego życia, który nie potrafi stanąć na wysokości zadania i podjąć odpowiedzialnej decyzji.

Mimo problemów, które spadają na kobietę, ma oparcie w rodzicach i dawnym chłopaku, który o niej wciąż myśli i daje jej odczuć na każdym kroku, że nie jest mu obojętna. Joanna Kruszewska nie byłaby jednak sobą, gdyby polukrowała tę opowieść, wieńcząc ją tanią literacką wisienką na torcie. Poza tym happy end, jeśli już ma się zdarzyć, to w cenie dla czytelnika jest ten nieoczywisty. W jaką stronę zmierzy ta historia?

Zanim poznamy finał „Awarii uczuć”, autorka zmusi nas do śmiechu, łez i próby rozwiązania sytuacji razem z główną bohaterką. Nic tu nie jest proste, a nawet jeden najmniejszy gest może zmienić wszystko. Tylko czy zawsze warto go wykonać?

Joanna Kruszewska, „Awaria uczuć”, Replika 2020

Zaczekaj na mnie – Monika Michalik. Recenzja

Czy wytrwać w związku z mężem, który jest oprawcą i przez którego każdy dzień może być ostatnim, czy pozwolić sobie na uczucie do innego mężczyzny i normalne życie? W książce „Zaczekaj na mnie” Moniki Michalik takie dylematy to dopiero wierzchołek góry lodowej.

Życie lubi pisać rozmaite scenariusze. Amelia do tej pory myślała, że jej jest już skończony, a wielka miłość do Grzegorza, choć topniejąca pod wpływem kolejnego pobicia, nie powinna minąć, bo przecież przysięgali sobie dozgonne uczucie do grobowej deski. Tylko co w momencie, gdy kolejne uderzenie może być właśnie tym o jednym za dużo?

Amelia ucieka w pracę w pensjonacie. Przykrywa kolejne siniaki i zarabia na utrzymanie domu, bo mąż jakoś nie czuje się w obowiązku. To właśnie tutaj kobieta poznaje znanego pisarza Aleksandra, który szuka weny i spokoju do napisania kolejnej powieści. Między nimi iskrzy od pierwszego zdania, ale czy jakiekolwiek uczucie ma szansę w momencie, gdy ona jest mężatką trzymającą się wybranka mimo wszystko, a on ma opinię podrywacza? Czy w tej sytuacji miłość ma prawo się obudzić i solidnie potrząsnąć życiem obojga?

Monika Michalik gra na emocjach swoich bohaterów, a siłą rzeczy też na czytelnika. Jak tu bowiem nie przeżywać tego, co dzieje się na kartkach książki „Zaczekaj na mnie”, kiedy ta historia trafia proste w serce? Jak nie współczuć Amelii? I jak nie kibicować uczuciu, którego zabrania rozum, a do którego wyrywa się serce?

Autorka w pozornie lekkiej opowieści przemyca cichy dramat, dla którego wybawieniem może być właśnie miłość. O ile da się jej szansę. Genialnie ukazany syndrom sztokholmski, motyw przemocy domowej i wstydu czynią z książki „Zaczekaj na mnie” coś więcej niż klasyczny chic-lit. Monika Michalik trudne tematy okrasza tutaj przyjaźnią z najwyższej półki. Taką, która czasem może uratować życie. I to dosłownie.

Nie przegapcie tej książki.

Monika Michalik, „Zaczekaj na mnie”, Chilli Books 2020

%d blogerów lubi to: