Czas to skarb. 24 zasady zarządzania czasem – Jim Muncy. Recenzja

Czas może być sprzymierzeńcem, ale też wrogiem. Jak nim zarządzać, by nie oszaleć w natłoku codziennych obowiązków? Jim Muncy podaje receptę. A nawet kilka. Czy skuteczne?

Nie da się ukryć, że czasu nigdy nam nie przybywa, ale jeśli nauczymy się nim sensownie zarządzać, możemy czerpać z codzienności znacznie więcej. Liczy się bowiem to, żeby każdy dzień traktować jako wyzwanie, któremu trzeba podołać. Jednak aby tak się stało, musimy zadbać m.in. o właściwy poziom koncentracji. A to oznacza, że musimy zminimalizować wokół siebie ludzi i zadania, które nas rozpraszają i niepotrzebne zabierają cenne minuty.

Jim Muncy skłania do spojrzenia na swój czas z nieco innej perspektywy. Rozdziela go na elastyczny i sztywny, pokazując jednocześnie, że wymuszona efektywność nie jest dobra. Wiele tutaj też rozważań o skutkach zwlekania, zbędnej perfekcji, samodyscyplinie i priorytetach. A to i tak nie wszystko. Mam wrażenie, że autor stworzył swoiste kompendium wiedzy w pigułce, zadając pytania, które wielu z nas czasem stawia sobie na co dzień, ale nie wiążą się one z żadnymi konkretnymi krokami. Książka „Czas to skarb” pozwala zrzucić klapki z oczu i spojrzeć na swoją codzienność poprzez pryzmat tego, co opowiada Jim Muncy.

Zawsze jestem sceptycznie nastawiona do wszelkiej maści poradników. Wielu autorów często próbuje się mądrzyć, na siłę udowadniając jakieś kwestie. A najczęściej tylko próbując to zrobić. W książce „Czas to skarb. 24 zasady zarządzania czasem” nie ma mentorskiego zadęcia. Jest za to dość luźna, sensowna narracja, która trafia do czytelnika. Osobiście jestem przekonana, że wcielenie w życie choćby jednej z proponowanych zasadach to milowy krok, by wyregulować swoją codzienność. Warto spróbować, bo zrobimy to wyłącznie dla siebie i dla własnej korzyści. Wszak nie chodzi o to, żeby całkowicie przeorganizować swoje życie, wywrócić je do góry nogami i zwariować. Tego autor nie sugeruje. I bardzo dobrze, bo dzięki temu ktoś być zacznie szanować swój czas bardziej.

Jim Muncy, „Czas to skarb. 24 zasady zarządzania czasem”, Wydawnictwo Studio Emka 2017

Kolekcjoner motyli – Dot Hutchinson. Recenzja

„Kolekcjoner motyli” Dot Hutchinson to przerażające studium obsesji. Thriller poplątany, makabryczny, mało realny, a przy tym szalenie wciągający. Stalowe nerwy wskazane.

Thriller Kolekcjoner motyliFabuła zaczyna się nietypowo, bo właściwie od końca. Na dzień dobry zostajemy postawieni przed momentem kulminacyjnym wydarzeniem, przez co autorka podsyca ciekawość, co też się wydarzyło, że doprowadziło do takiego finału. Muszę przyznać, że przewaga retrospektywnej formy narracji okazała się w „Kolekcjonerze motyli” dobrym chwytem. Takie odtwarzanie wydarzeń z punktu widzenia ofiary buduje napięcie, ale też obnaża do cna mechanizm rodzącego się uzależnienia od oprawcy. Ta łatka zresztą jest nie do końca trafna, bo Ogrodnik choć krzywdzi, to robi to w wyrafinowany sposób.

Wszystko tu jest na opak. Ogród choć piękny to nic innego jak klatka dzieląca od świata zewnętrznego. Piękno definiowane jest przez pryzmat urojeń, a młodość kończy się brutalnie w konkretnym momencie i w określony sposób. Zapewniam, że stan przerażenia podczas lektury jest dominujący.

Na podobnym poziomie utrzymuje się też pewien stopień irytacji w obliczu opowieści, którą snuje Maya. To bohaterka charakterna mimo tego, co przeżyła. Jej postać to mocne oblicze syndromu sztokholmskiego wymykające się ramom tej psychologicznej przypadłości. Jakoś trudno jej współczuć, widząc jakie gierki prowadzi z detektywami prowadzącymi śledztwo. Czy to, co mówi, jest prawdą? A jeśli nie to, co ukrywa? Czy obsesja ma granice? Warto się przekonać. „Kolekcjoner motyli” bez wątpienia wzbudzi falę emocji. I to skrajnych.

Dot Hutchinson, „Kolekcjoner motyli”, Filia Mroczna Strona 2017

Zemsta na ekranie – Anna Mentlewicz. Recenzja

Zemsta może być słodka, ale może też zniszczyć czyjeś życie. Jaki finał będzie miała u Anny Mentlewicz, w drugim tomie przygód Stelli Lerskiej? Sieć układów i manipulacji jest tutaj naprawdę szeroka.

Książka Zemsta na ekranieKsiążka „Zemsta na ekranie” rozpoczyna się dokładnie w momencie, w którym zakończyła się „Pewna pani z telewizji” – Stella dochodzi do siebie po napaści seksualnej. Dziennikarska odwaga kłóci się z lękiem zrodzonym z traumy. W takiej sytuacji postawienie Jacka w stan oskarżenia graniczy z cudem. Zaczyna się walka, w której niefortunny epizod na gruncie prywatnym staje się kością niezgody w telewizyjnej karierze. Czy rzeczywiście każdy może znaleźć tu swoje miejsce? A może to tylko cicha forma zemsty? Jedno jest pewne – Stella Lerska nie zazna spokoju.

Szczególnie, że Anna Mentlewicz w pakiecie dokłada jej rozterki rodzinne. Oto bowiem w jej życiu pojawia się ojciec, którego nigdy nie poznała, bo rzekomo nie żył. Jako dorosła kobieta musi zmierzyć się z uczuciami całkiem jej obcymi. Relacje te są mocno napięte, ale prawda zaskoczy nie tylko samą bohaterkę, ale też czytelnika.

W książce „Zemsta na ekranie” Anna Mentlewicz nadal stara się równoważyć fabularne proporcje między życiem osobistym a zawodowym Lerskiej. Na pierwszy plan wysuwają się jednak te drugie, dzięki czemu jeszcze mocniej możemy wniknąć w nasycony nieczystymi intencjami świat showbiznesu. To kolejna odsłona pracy w telewizji od kuchni podana rzetelnie, pokazująca jej cienie i blaski. Akcja jest dynamiczna, dobrze zbudowana i wciągająca tak, że w pewnym momencie nastał koniec. Na szczęście nie definitywny, bo Stella Lerska niebawem powróci w trzecim tomie.

Anna Mentlewicz, „Zemsta na ekranie”, Wydawnictwo Melanż 2017

Blog Książki na czasie jest patronem medialnym książki!

Zobacz również:

„Pewna pani z telewizji”

Miłość. Wydanie drugie poprawione – Anna Gratkowska. Recenzja

„Miłość. Wydanie drugie poprawione” to lekka opowieść o tym, jak wyobrażenia o uczuciach mijają się z rzeczywistością. I jak łatwo żyjąc tylko nimi, przegapić realne szanse na dobry związek. Albo na jakikolwiek, który rokuje.

Książka Miłość wydanie drugie poprawioneAlicja – główna bohaterka bez wątpienia uosabia spore grono kobiet, dlatego jej perypetie przypadną do gustu. Łatwo bowiem wejść w jej skórę, tok rozumowania i emocje. Czasem jednak chciałoby się przekuć ten kokon romantycznych wizji, który stworzyła w głowie i zmusić ją do wyjścia poza niego. Autorka brnie jednak mocno w takie tony i albo trzeba to zaakceptować, albo w ogóle nie sięgać po tę książkę. Jeśli jednak motyw zakochania jest wystarczająco kuszący, to warto zanurzyć się w tę historię.

Anna Gratkowska w książce „Miłość. Wydanie drugie poprawione” zgromadziła bowiem kilka całkowicie różnych postaci. Osobowości te więcej dzieli niż łączy, choć ich losy splatają się w kilku konfiguracjach. Każdy ma swoją wizję związku, każdy dąży do niego mniej lub bardziej i każdemu przyjdzie zmierzyć się z rzeczywistością. Kto rzeczywiście da sobie szansę, a kto nadal będzie żył mrzonkami?

Anna Gratkowska nie otwiera przed czytelnikiem drzwi do historii nieznanych. Nie obnaża emocji, których jeszcze nie było na kartkach literatury obyczajowej. A jednak jest w tej książce jakaś świeżość, na którą zasadniczy wpływ ma humorystyczna narracja. Romantyzm jest tu swego rodzaju mankamentem, przez który nie można poukładać sobie życia. Wszystko bowiem wydaje się być zbyt prozaiczne, dalekie od głębokich wzruszeń. A w takie epizody nie ma po co inwestować czasu i emocji. Czy aby na pewno? Można to właśnie w nich tkwi żar romantycznych uniesień, któremu warto dać szansę?

Książka „Miłość. Wydanie drugie poprawione” to ewidentnie propozycja dla fanów romantyzmu, choć ten jest tutaj podany z dużym przymrużeniem oka. Lekko i zabawnie, ale wcale nie bez pola do refleksji. Być może wiele osób po tej opowieści zejdzie na ziemię, by docenić niektóre relacje.

Anna Gratkowska, „Miłość. Wydanie drugie poprawione”, Replika 2017

Lokatorka – JP Delaney. Recenzja

Zbrodnia doskonała? Perfekcyjny plan? A może to tylko złudzenie? Thriller psychologiczny „Lokatorka” to osobliwe studium manipulacji na świetnym poziomie.

Thriller LokatorkaMuszę przyznać, że pomysł na konstrukcję fabuły JP Delaney miał dobry. Rozbicie narracji na dwie odrębne historie mające swój czas w nietypowym domu przy Folgate Street 1 uwypukla wszystko, co odpowiada tutaj za budowanie napięcia. Spoiwem jest nie tylko mieszkanie obarczone gigantyczną listów zakazów, ale też sam właściciel. Mroczny i władczy szybko zyskuje w oczach czytelnika łatkę psychopaty. Czy słusznie?

Śledzenie jednocześnie dwóch opowieści, z których ta dziejąca się teraz jest próbą wyjaśnienia poprzedniej może namieszać w głowie. Autor lawiruje jednak między nimi umiejętnie, dzięki czemu nie ma mowy o zgubieniu wątku. Wszystko tu jest po coś. Taka konsekwencja ma tutaj też tę zaletę, że bardzo szybko pozwala dostrzec, a później już tylko obserwować pewne powtarzalne mechanizmy zachowań.

Thriller „Lokatorka” to historia dwóch kobiet, które z osobna uległy temu samemu złudzeniu i stały się doskonałym materiałem do manipulacji. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że ta rozbiega się tutaj we wszystkie strony. I w pewnym momencie granica między ofiarą a psychicznym oprawcą nie jest już tak oczywista. Potęguje to fakt, że JP Delaney wykreował mocnych bohaterów, z których żaden nie jest absolutnie dobry lub zły. Są szalenie dualni i pokręceni w emocjach, a to może prowadzić do zguby. Każdego z nich z osobna.

Kto tu kim tak naprawdę manipuluje? Kto sprytnie pogrywa? Bardzo łatwo można tutaj dać się wyprowadzić na manowce. Zalecam czujność, bo nic tu nie jest takim, jak się początkowo wydaje.

Książka „Lokatorka” to łakomy kąsek dla czytelnika, ale do pełnej satysfakcji zabrakło mi spektakularnego finału. Emocje, które autor tak solidnie dawkował przez całą książkę, poszybowały gigantycznie w dół wraz z jej końcem. Osobiście czuję mały niedosyt.

JP Delaney, „Lokatorka”, Wydawnictwo Otwarte 2017

%d blogerów lubi to: